No, tego to chyba jeszcze nie było! ;-)
Część pierwsza tu.
17 listopada 2006
My private hive: my moments of beeing
Uwielbiam maki, bo ich płatki — choć kolorem krzykliwie wyróżnione wśród łanów trawy, chwastów albo zbóż — wymykają się opisowi dłoni tak dalece, że faktura powierzchni znika jak rysunek ze skrzydła motyla, zmysłowi dotyku nie dając szansy rozpoznania. Na skórze zaś pozostaje czerwony ślad małej zbrodni. Wydaje się, że gdyby nie kolor, mak byłby zauważalny tylko dzięki podmuchom wiatru — na pewo szeleściłby jak bibuła albo łopotałby jak żagiel. Łodyga makowa wiotka i giętka, a pod palcami prawie kłująca, rosochata — zdaje się stworzona z przeciwieństw. Zachwycający delikatnością kwiat wyrasta gdziekolwiek i wszystko jest mu obojętne. Niektórzy nazywają go rośliną ruderalną, bo chętnie rośnie tam, gdzie brzydko i brudno a człowiek niechętnie stawia stopę. Mak wydaje się dbać o swoje miejsce: samą tylko barwą, niby małe ognisko, tworzy ciepłą przestrzeń wokół siebie. Gdyby nie on — spojrzenie prześlizgiwałoby się po górach odpadów, żwiru i żelastwa, aby tylko nie dostrzec żadnych niemalowniczych ruin, żadnego braku, upadku ani śmierci krajobrazu. Gdybym miała piętnaście lat, pomyślałabym, że mak woła o pomoc dla takich miejsc, że chce, aby były widoczne, aby nie dało się o nich zapomnieć i przejść koło nich obojętnie. (Vanitas…) Ale nie mam piętnastu lat. Maki rosną na podłożach bogatych w azot, a więc na obfitości śmietnisk, gnojowisk i ścieków. Maki są intensywnie czerwone, aby w ultrafiolecie rzucać się w oczy owadom. Mam trzydzieści lat i wygląd maku służy mojej przyjemności.
Poniżej maki hodowlane, które na poczętku czerwca dostałam w prezencie w kwiaciarni. Żyły w wazonie jakieś pięć dni, co jest niezwykłe, bo miały zwiędnąć na drugi dzień. Trzymały się tak długo pewnie dlatego, że codziennie je podcinałam a wodę zmieniałam dwa razy dziennie. Piły mineralną. Piękne kwiaty, przepyszne i bujne. Wolę jednak maki polne. A na fotografii najbardziej lubię czarno-białe. Muszę się zastanowić, co to znaczy. Tutaj Państwu oszczędzę, dość grafomanii na dziś.
Procesowany jak zwykle raw, delikatne ostrzenie, do niektórych zdjęć dodana szczypta ziarna (noise), w kilku miejscach niewielki retusz. Zdjęcia zrobione 3 czerwca rano.
Słupek:
Pręciki i pyłek:
No dobrze, zadość uczynię barwom (załóżmy, że kolory są naturalne):
Fajnie było położyć kroplę wody na skórkę cebuli, nogę komara albo pyłek. Robienie takich zdjęć przypomina mi tamte czasy. I chociaż wymiar jest inny, to radocha podobna.
Dziś może mniejsza, bo chmura komarów spieszyła się do poczęstunku, jakby miało nie wystarczyć dla wszystkich.
Warszawa, 6 sierpnia 2009, między 8 a 9 wieczorem.