Archive for November, 2008

Popraw blueske, babe.

Wednesday, November 12th, 2008

Walczy z odzieżą, zamiast rozproszyć światło szarpnięciem zasłony choćby w przedostatniej sekundzie.

W zasadzie jej tu nie ma.

Znikła tam, gdzie najważniejsza jest ośmioletnia koszulka z metką o imieniu jej ukochanego psa, którego kiedyś porzuciła, tak sobie wyrzuca, i który niedawno oślepł ze starości, jak się dowiedziała. Ten ośmioletni łach w kolorze jej oczu, tak jej się wydaje, ta rozciągnięta i sprana bawełna z roczną dziurą na ramieniu i poranną, a może nawet wczorajszą? plamą pasty do zębów musi wyglądać przyzwoicie na zdjęciu z przyjaciółką. Mogłaby poprawić kadr albo światło, a jednak wybiera bluzkę. Jeszcze się nie uśmiecha, to nie ten moment. Narazie sięga. Wyławia datę z kolejną, decydującą, takie ma wrażenie, wizytą u weterynarza.

Instead of diffusing the light with one firm hitch of a curtain, she is struggling with cloth.

As a matter of fact she is not here.

Vanished to where the most important thing is her eight year old t-shirt with a tag holding the name of her beloved dog, whom she had abandoned—she blames herself still, and who became blind lately, as she was told. That eight year old clout in the colour of her eyes (she thinks so), this bulked and washed out fabric with a year old hole on the shoulder and a stain of a morning toothpaste—or it was yesterday’s morning?—it needs to look decent on a picture with her friend. She could have corrected the frame or the light and yet she has chosen to fix her t-shirt. She is not smiling yet. She’s reaching. She catches a day, another one—the decisive one, she thinks so. The day of the next visit to a vet.

– –

12.11.2008

Flora pudełkowa 08 Następują Dalsze Ciągi

Wednesday, November 05th, 2008

...zdjęć kwiatków z październikowego spaceru do ogrodu botanicznego UW. Inne kwiatki albo te same, tylko w innym ujęciu. Wciąż to samo, co nie? A, bo trudności decyzyjne, a bo pustki konsultacyjnego zaplecza. Ale co tam, jeden śmieć więcej, jeden mniej -- to żadna różnica dla opasłego internetu i chudego czytelnika (btw, dziękuję za odwiedziny; gość w nastroju, ja w nastroju!). Moim ulubionym fotkiem jest ten tuż poniżej i tamten z końca strony.

Czterdzieści i cztery

Wednesday, November 05th, 2008

Szkoła uczy. (Która i czego?)

A nie prześladuje czasem, co?

44, 88, 2012 i co jeszcze? Istny fin de siècle na początku stulecia.

Niemądre to. Ale jakie chwytliwe!

Wesołego poranka życzy owsianka

Monday, November 03rd, 2008

Zanim dzień zacznie się na dobre, słowo wstępu może.

Kuweta sprzątnięta, pluszaki nakarmione, śmieci wyrzucone, zakupy zrobione.

Teraz robią się inne absolutnie konieczne czynności waty dnia.

Potem słowa, słowa, słowa… (Czy to musi być takie uniwersalne, lekcja, temat?)

Mróżyczka jak zwykle jeszcze niespecjalnie dotykalska; to się stanie dopiero, kiedy Tygrys będzie wychodził i nie będzie ani chwili do stracenia.

Plasterek za to jak zawsze roztobołkowany na słodko z puchem przemruczenia. Plasterek dobry na ból świata i bóle istnienia!

Czajnik piszczy

Przeglądarka pałacowa

Saturday, November 01st, 2008

24 sierpnia było zimno i nieźle wiało, a srający dinozaur (gołąb, fe), zamieszkujący górne rejony kultury i nauki, strącił mi na głowę ziarno, przez co o mały włos obraziłabym się i gdyby nie Tygrys — niczego bym nie zobaczyła a wycieczka w wyższe sfery byłaby moją pierwszą i ostatnią.

Lubię widok z góry. Najlepiej sponad chmur. Lubiłam zamek w Janowie z baszty w Kazimierzu, Pięć Stawów ze Świstówki i Czechów z dachu nad dziesiątym piętrem. Później okazało się, że lubię Londyn z Monumentu, a ostatnio Warszawę z PeKiNu. Spodobał mi się widok na chaotyczną zabudowę tego miasta: biurowce nagle wyłaniające się z lasu, z ruin, albo wprost spod betonu ulicy jak Godzilla ze spokojnej tafli horyzontu; budynki napierające na siebie jak zapaśnicy sumo; wieżyczki z kolekcji wszystko za trzy grosze tu i trzy grosze tam; papierosy kominów w zębach blokowisk; małe domki schowane jak słoniątka wśród kolumn czułych matek i ciotek; prawy brzeg talerza z grochem i kapustą przecięty srebrną Wisłą, połączony łyżeczkami mostów z lewym brzegiem keksu z bitą śmietaną, lukrem i posypką i… ten koktajl stylów, które usiłując się wzajemnie pozasłaniać, ukazują się to z najlepszej, to z najsłabszej strony. Jestem ortodoksyjną wyznawczynią niedokończenia, niepoprawności i niedopasowania.