Archive for October, 2008

Jak nie urok, to sraczka

Tuesday, October 21st, 2008

Niedługo osiągnę chyba stan całkowitej obojętności na uroki zwierząt domowych.

A potem zacznę marzyć o powrocie do pustego mieszkania. Tak, nie żartuję. Mimo, że opiekuję się naszymi tygryskami jak wykwalifikowana pielęgniarka i koci psycholog, one ciągle chorują. A może tak mi się tylko zdaje, że raz na miesiąc-trzy — jak nie jeden to drugi — to ciągle, bo miałam psa, który chorował w sumie może z pięć razy przez 14 lat? Niańczenie słabych i chorych wywołuje u mnie najpierw bezsilność w obliczu upartego choróbska, a potem złość z powodu konieczności ciągłego dawania z siebie wszystkiego i przegrywania. Rodzi się tęsknota za prostym życiem opiekunek ze Sparty.

Jutro idę odebrać wyniki, o których dziś telefonicznie już mnie wstępnie powiadomiono. Wygląda na to, że będziemy się bawić w kocią nadczynność tarczycy. Całe szczęście, że mimo solennych zapewnień pani doktor, że zwierzę jest okazem zdrowia (i jakie ma piękne zęby!), i mimo ostrzeżeń, że trzeba łapkę wygolić do pobierania krwi, i że może kocyk się zaplami, postawiłam na swoim, zaniepokojona już od pewnego czasu wyglądem i zachowaniem rzeczonego zwierzęcia. Potem jadę z owym zwierzęciem na konsultację weterynaryjną, a wieczorem znowu, na USG. Nawet jesli zwierzę nie jest chore, tylko lekarka niedokwalifikowana w stawianiu diagnozy albo ktoś w laboratorium był po długim łikendzie, to ilość wizyt lekarskich wystarczy, by wywołać objawy psychosomatyczne.

A tymczasem drugie zwierzę właśnie zwaliło kupę, której po raz pierwszy nie zakopało. Twarde lśniące krwią bobki we wzorki. Lovely. A, bo wczoraj było odrobaczanie a później zarzyganie mieszkania.

Poza tym wszyscy zdrowi, przy czym choroby przewlekłe można uznać za stan zdrowia. Moc przyzwyczajenia.

Na koniec jeszcze o tym, że nie umiem godzić się ze śmiercią. I że jeśli coś takiego się stanie, to pójdę Tam i będę się napawać Jego ukrzyżowaniem. Może w ten sposób uda mi się ukarać siebie za grzech naiwności pod nazwą kastracja zwierzęcia dla jego dobra. To jest kit wciskany głupcom i obliczony na zmniejszenie populacji europejczyków kosztem rasowców. Kto na tym zabiegu korzysta? Lekarze i hodowcy. Neurotycy i narcyzi, dla których kot domowy jest kotem dopiero wtedy, gdy staje się nakolankowym traktorkiem, co, jak zapewniają znawcy (czytaj: hodowcy) — jest marzeniem każdego prawdziwego przyjaciela kotów. Moje zdanie zmienia tyle co nic, ale pamiętam dobrze, że nasze chmurki były o wiele bardziej niezależne emocjonalnie przed tą operacją*. Mnie to odpowiadało. Kot — to była dostojność, samodzielność, oddalone piękno, ideał, który czasem schodził z górnych warstw raju, by swą obecnością ocieplić ludzkie serce. Kot na kolanach to było wyróżnienie, szanowna audiencja. Takiemu kotu stawia się ołtarzyk i dla niego zmienia się wiarę. Teraz — trzeba dla nich udawać kocyk Linusa. Nie znaczy to, że kocham je mniej. Ale chyba inaczej… I jestem smutna. Oczywiście oficjalna wersja tej antykociej polityki miłośników kota to profilaktyka groźnych nowotworów i ropnych zapaleń oraz zmniejszenie liczby niechcianych kotów. Dziwne przeniesienie argumentów ze świata ludzi, bo w rzeczywistości populacje kotów nigdy nie są za duże (kot ma wielu naturalnych wrogów i konkurentów), a szczególnie w miastach. Bo w rzeczywistości tylko ludzki gatunek rozmnaża się jak przez pączkowanie i jest agresywnie ekspansywny jak zjadliwy wirus. Tylko ludzki gatunek potrafi wszędzie żyć, wszystko zabić, wszystko zeżreć i jeszcze nie podziękować. Tylko ludzki gatunek charakteryzuje bezinteresowna i niczym nie uzasadniona agresja. Poza tym zmniejszenie liczby kotów w mieście skutkuje zwiększeniem liczby szczurów. No dziękuję.

* Modna nazwa zabieg sprawia, że przychodzi na myśl jakiś zastrzyk czy masaż rehabilitacyjny, a tymczasem nasze koty przez kilka tygodni po tym horrorze nie były sobą i trzeba by było być ślepcem, aby tego nie widzieć. Sprowadzanie zachowań do analizy biochemicznej i stanu tkanek śmierdzi faszyzmem. Kolejne kłamstwo, to że kocury niczego właściwie nie zauważają, a kotki już po kilku dniach czują się prawie świetnie. Generalizowanie to zbrodnia nie mniejsza, niż zaniechanie myślenia i przewidywania.

Poniżej wycinek z mojej korespondencji, 27 maja 2008.

"Sterylizowanym zwierzętom spada poziom agresji."
Cóż to jest agresja? Jeden z podstawowych mechanizmów naturalnych regulujących zachowanie zwierzęt, służące w absolutnie wszystkich sytuacjach jako broń. Agresja u zwierząt nie jest tym, czym jest ona u ludzi: jedni ją tłumią, bo jej nie rozumieją w sobie i boją się jej, co prowadzi do chorób autoimmunologicznych, a inni wylewają ją z siebie niszcząc innych i siebie przy okazji; obie sytuacje to patologia. Tego w naturze nie ma. W naturze agresja istnieje tylko w momentach niezbędnych i umożliwia obronę lub atak, a wszystko po to, aby przetrwać. NIE aby zniszczyć innych, ale aby przetrwać samemu. Człowiekowi trudno to zrozumieć, kiedy patrzy jak gepard poluje na antylopę. To jest źródło głupich bajek o biednych zajączkach i złych wilkach.

Sterylizowane zwierzę nie ma żadnych szans na przetrwanie, jeśli nie żyje w zamkniętej przestrzeni kontrolowanej i pilnowanej przez człowieka dzień i noc, jak w zoo.

Humanitarny i krótkowzroczny człowiek nie ma możliwości zapanować nad całą populacją kotów na swoim osiedlu, nie mówiąc o całym mieście. Terytorium danego klanu, stada czy watachy określonego gatunku to nie jest 100 m2 czy 100 ha2. To jest przestrzeń ruchoma, której granice zależą między innymi od dostępu do pożywienia, ilości drapieżników i konkurentów tego samego gatunku. Większość samców, także kocich, to wędrowcy.

Sterylizowana grupa kotów nie ma żadnych szans obrony.

Sterylizowane zwierzę NIE wysyła do osobnika niesterylizowanego wiedomości z prośbą o litość i zachowanie humanitarne, nie prosi o darowanie życia przez wzgląd na dobrych ludzi, którzy zapewnili sterylizację.

Osobnik niesterylizowany zachowuje się agresywnie, kiedy chce uzyskać dostęp do zasobów, jakie się znajdują na terenie kastrowanej populacji i humanitarna krótkowzroczność ludzka tego nie zmieni. Człowiek karmi swoje podwórkowe kastraty, w swej ślepej naiwności nie podejrzewając nawet, że stwarza idealną sytuacją do pojawienia się kolonizatorów: wygłodzonych niekastrowanych kotów z innych budynków, ulic, osiedli.

Kastrowanie kotów to wyrok śmierci.

Kastraty to wyrzutki, usuwane bynajmniej nie humanitarnie, przez zdrowe osobniki. Zdrowe czyli umiejące się rozmnażać. Na kastratach skupia się agresja płodnych osobników. Skąd to wiemy? Z obserwacji naszych "futer" domowych.

To jest mechanizm natury, którego ludzkie wysiłki nie zmienią nawet po modlitwie do Bozi ani petycji do Greenpeace'u.

Na tym nie koniec perfidii ludzkiego charakteru.
Człowiek to egoistyczna bestia: rottweilera, dobermana, pitbulla czy stafforda nikt nie kastruje (chyba że z nakazu sądowego po incydencie agresji w kierunku człowieka; chociaż "preferuje się" uśpienie). Dlaczego? Bo ich agresja jest człowiekowi przydatna. To są psy obronne, mają gryźć i szczekać. A na co komu agresja (wiążę się ściśle z zachowaniami seksualnymi i instyntem polowania) kota w domu? Kot w domu ma leżeć i czekać na pogłaskanie. Ludzie nazywają swoje koty futrami. "Moje futro", "nasze futra". I rzeczywiście, kastrowany kot jest futrem niczym się w zachowaniu nie różniące od ozdoby z lisiej skóry. Leży i można głaskać do woli, bo śpi. A niekastrowany przeszkadzałby spać tym swoim instynktem seksualnym. A czy człowiek kiedykolwiek pomyślał, że może nagość jego skóry jest dla kota oślizgła? Że może śmierdzi kotu? Że mówi do niego za głośno i zachowuje się dziwnie? Hodowcy kotów rasowych nie kastrują swoich małych źródełek dobrobytu i prestiżu, wytrzymują ruje, marcowania i ciąże, bo to przynosi dochód. A kto kupi kota z piwnicy? Nikt! Wykastrować je wszystkie, bo tylko brudzą w naszych luksusowych blokowiskach i marcują pod oknami! Choroby roznoszą i same chorują, przez co brzydko wyglądają! I cierpią! Rażą nasze humanitarne oczy swoją brzydotą i nieszczęściem nas, miłośników dobra, piękna i prawdy!

Istnieje jeszcze jeden argument za kastracją, w którym argumentujący mówi o biednych kotkach gwałconych przez kocury.

Gwałt to pojęcie ludzkie; w naturze nosi nazwę kopulacji, prokreacji, rozmnażania, walki o przetrwanie. Zadaniem samców jest gwałcić jak największą liczbę samic i nie dotyczy to tylko kotów, ale i małp, myszy, lwów, koni, psów oraz ludzi. I wszystkich innych gatunków.

Zadaniem samic jest rodzić tyle ile się da, aż do degeneracji własnego organizmu.

Po wyczerpaniu sił życiowych samiec i samica padają i są zjadani przez padlinożerców albo zostają zabici przez (inne) drapieżniki.
Brutalne? Nie. Zgodne z mechanizmami biologii.

A jak to wygląda w świecie ludzkim? Jest kult starości. Co daje kastracja kota? Przedłuża mu życie, narażając tym samym na doświadczenie starości czyli niedołęstwa (na co natura nie pozwala) -- dla satysfakcji człowieka: "żeby nasz Azorek dłużej był z nami". Człowiek ma gdzieś to, że liczy się JAKOŚĆ życia, a nie jego długość.

Tak działa natura. Tak działają geny.
Rozmnażanie zapewnia przetrwanie gatunku.
Sterylizacja -- nie.

Co zatem jest nienaturalne? Trzymanie kotów w zamknięciu.
Wprowadzanie ludzkich, tzw. humanitarnych reguł, do świata zwierząt.

To się nazywa dominacja.

Jeśli ktoś się z tym nie zgadza, to powinien sobie uświadomić, że reguły, jakie się wprowadza do otaczającego świata, należy też stosować wobec siebie; inaczej jest to tyrania. A zatem, konsekwentnie i logicznie, ludzi z rodzin patologicznych, ludzi uszkodzonych genetycznie, nosicieli nieuleczalnych chorób fizycznych i psychicznych też powinno się sterylizować.

Te wizje humanitarnej pomocy bliźniemu i braciom mniejszym nie przemawiają do mnie.

Napisałam to wszystko, bo usunięcie jajników czy jąder to nie jest metoda nieinwazyjna i bez konsekwencji dla całego układu hormonalnego. I widać to po naszym zwierzątku, które od tamtego dnia zmieniło się pod każdym względem, niestety także zdrowotnie.

Ukryte dobra papierowe

Tuesday, October 21st, 2008

Wczoraj wychodziłam z empiku z nosem na kwinę, bo nie znalazłam niczego prostszego niż Tatarkiewicz, co by mogło spełnić rolę wstępu dla opornych owieczek. (Nigdy bym nie przypuszczała, że będę kiedykolwiek z własnej woli zdawać egzamin z historii filozofii). Jeszcze tylko wzrokiem zahaczyłam o czasopisma: pomarańczowy na ciemnym kontrastowym tle ma jednak niebywałą siłę przyciągania. I tytuł w rejonie moich najnowszych zainteresowań: przestrzenie, miasta, kraje, ziemie, obszary, stolica, historia. Delektuję się ostrożnie (jak kot smakujący nowy zapach organum vomeronasale) takim na przykład Stasiukiem, odkrycie dni ostatnich, kto by pomyślał. (Pisanie o jego pisaniu, w tonie wcale nie do końca panegirycznym pomimo pierwszego zakochania, to temat na inną godzinę myśli). Już zapłaciłam za ISSN 1230-2155, już się odwracam od kasy. Wzrok pada na wielkie CZECHOWICZ. Grubiszcze takie, wydane przez jedyny i najlepszy – Teatr NN. Świat mi sprzyja czy co? Nie dość że Czechowicz, to jeszcze Lublin. Dziś zamówiłam dwa poprzednie tomy. Radocha aż piszczy! Do czego zmierzam: że można się śmiać z empiku, bo gdzie kultura, a gdzie media, ranyboskie. No i trafiają się tam sprzedawcy, którzy powinni pracować raczej w innej branży, niekoniecznie czytelniczej. Ale niedostatki będę od wczoraj skrzętnie pomijać, bo przecież właśnie dzięki temu sezamowi mydła i powidła w dni gorsze z tych lepszych w ogóle chce mi się wstać.

Roses and flowers

Sunday, October 19th, 2008

Taka o sobie tu ten, zajawka.

Wieczorem 9 października byłam w ogrodzie botanicznym UW. To chyba mój ulubiony w Warsza- wie, mimo ewidentnych wpływów minimalistycznej architektury radzieckiego socartu. Tych róż w dziesiątkach odcieni, ani tych dalii wysokich jak drzewa nic nie pokona, żadna smutna mielizna ludzkiej wyobraźni. Było jak w raju. A wydawało mi się, że nie lubię jesieni.

Flora pudełkowa 08 Pięć godzin deszczoleśnych

Friday, October 10th, 2008

21.7.2008

Las Kabacki plus okoliczne pola.
Wyszłam na spacer, BO padało.
Reumatyzm leczę pijąc pokrzywę.
Może przynajmniej w przyszłym życiu uda mi się zostać ślimakiem.

Evening to memorise

Sunday, October 05th, 2008

"Guys to live for"
This is Tygrys holding our Ezra boy

"Eyes to die for"
And this is me with our Emma girl on my shoulder

In the time of writing this I have such a feeling of cosiness and warmness expanding in my heart. And the pictures above resemble all this to me. Taken some time ago, but never placed here as a complete story. Maybe I didn't see them complementing each other. Well, but they also tell much about our relationship with the cats we share our everyday. Ezra demands to be cuddled, hugged and given attention almost all the time he doesn't sleep. And he is a very sweet and innocent cat in his needs for attention. Emma is our little domina: it is always she who decides when to caress her and notice her. She is so very flirty, loving and tender then. The rest of the time she spends watching us and squinting in a manner that cats show friendly feelings.