Archive for October, 2008

Wyszarp drzewko

Tuesday, October 28th, 2008

U nas akcja Wyszarp drzewko ruszyła pełną parą! Święta tuż za góralskim pasem, więc każdy ma nadzieję zobaczyć kobierzec barwnych jesiennych liści na jeszcze do niedawna zieleniejących się trawnikach i wesoło nam połyskujących nagrobkach.

27 października na wybranych ludzkich osiedlach i pamiątkowych cmentarzach wzorowe dozorczynie o silnych ramionach kobiety nie bojącej się wyzwań, jakie niesie życie, już rozpoczęły swój przedświąteczny marsz przez ogrody, skwery i place. Akcja ma na swym celu odtworzenie realiów złotej polskiej jesieni z czasów panowania na powitanie jednego z najpiękniejszych polskich miesięcy: listopada. Ale na tym nie kończą się wszystkie korzyści Wyszarp drzewka! Fundatorzy tej pierwszej w Europie Centralnej rekonstrukcji historycznej aury jesiennej mają nadzieję przyspieszyć w ten przyjazny dla środowiska sposób nadejście zimy poprzez indukowane energiczną kobiecą dłonią opadnięcie liści z drzew jeszcze przed końcem grudnia bieżącego roku. Przygotuje to również podłoże odpowiednie dla przyszłego śniegu, który dzięki temu będzie mógł on padać niczym niezmącony, zachowując biel najwyższej jakości aż do kwietnia, kiedy to cały kraj topi folklorystyczne marzanny w krystalicznie pluskających rzeczkach i rzekach o porywających nurtach nadchodzącej pięknej polskiej wiosny.

Entuzjaści tego pierwszego pionierskiego projektu wyrażają radość oraz nadzieję z powodu, że nasza piękna polska kraina wreszcie bedzie podobna do tej, jaką mają zimą rolnicy w Grenlandii w północno-zachodniej Europie.

Marne ćwoki i durne pindy

Monday, October 27th, 2008

Marne weterynarskie ćwoki i durne pindy z recepcji.


Rzecz w tamtym tygodniu w tamtej klinice rzekomo najlepszej zależy dla kogo, środek tygodnia. To już trzecia wizyta w trzeciej klinice w tym tygodniu. Weterynarze nr 4 i 5. W sumie 8 kursów w transporterze, w tym 6 taksówką z jednego zadupia na drugie, w tym 4 kursy jednego dnia. Zwierzę jest po dwóch wygoleniach sierści, trzech pobraniach krwi, dwóch usg jamy brzusznej i tarczycy. Zwierzę jest odwodnione (“ale to normalne u kastratów”), ma nieznacznie powiększoną śledzionę i węzły krezkowe, nieznaczna nadczynność tarczycy (37 przy normie do 30; a przecież wiekowo nie należy do grupy ryzyka, i nie ma typowych objawów), obraz krwi wskazuje na “schodzący stan zapalny albo właśnie po prostu odwodnienie” (erytrocyty, hemoglobina i hematokryt minimalnie ponad normę; limfocyty minimalnie ponad normę, opad w minimum, enzymy wątrobowe w normie). Zwierzę dopajam strzykawką, bo z fontanny-piodełka, kupionego w środę, też rzadko pije. Zwierzę ma rok i miesiąc, waży 2,8 kg, jest cierpliwe i pozwala sobie tylko na nieśmiałe pomiałkiwania, kiedy już chce wyjść z transportera po 3 godzinach poza domem albo kiedy już ma dość półgodzinnego smarowania po nim żelem z końcówką ultrasonografu w poszukiwaniu niewidocznych zmian.

/trzy dni wcześniej/
Pani weterynarz nr 1, klinika nr 1. Idę z kotami (najpierw z jednym, potem z drugim) na przegląd i podanie profilaktycznego odrobaczacza. Nie ma co robić badań krwi, bo zwierzę jest obrazem zdrowia i ma śliczne zęby, mam tu taką hodowlę, gdzie wszystkie koty mają problemy dentystyczne. ta sierść w schody to tak się układa, bo ta rasa ma mało podszerstka. Ale trzeba będzie wygolić łapkę (no tak, to mnie zmroziło, zapomniałam, że koty to nie są ludziki w zdejmowalnych kombinezonach z futerka) i kocyk się może zabrudzić (mam 21 wiek i pralkę). Podany Vetminth w domu zostaje przez oba koty zwymiotowany razem z poranną karmą (oprócz tego jeden kot dwa razy zrobił kupę z krwią, jeden zupełnie nie zasypał odchodów, co nigdy się nie zdarzało; może to bez znaczenia, ale notuję sobie kupamięci). Nie ma jednej odpowiedzi, dlaczego mojemu zwierzęciu jest ciągle zimno, dlaczego zwiększył się apetyt a mimo to jest wyraźnie chudsze. A sierść taka może być przez niedoczynność, sprawdzimy więc.

Zastanawia mnie, w którą stronę działa ten mechanizm. Przeczytałam, że stres, w szczególności zimno, jest bodźcem dla przysadki, która działa na podwzgórze, aby zwiększyło procukcję tyreotropiny, aby pobudzić tarczycę do produkcji większej ilości tyroksyny, aby zwiększyć metabolizm, aby ogrzać organizm. Jasne i logiczne. Tylko czy nasze zwierzę ma nadczynność, bo jest mu zimno (i czy takie funkcjonalne wahania można już nazywać nadczynnością? raczej nie; więc może badania trzeba powtórzyć “na ciepłym kocie”? lekarza zamówić do domu czy jak)? Czy może jego tarczyca ma zmiany w budowie tkanki, dlatego jest nadczyność (na co wskazywałoby drugie usg)? I co zrobić z faktem, że przy nadczynności powinno być cieplej (tutaj w zasadzie ta nadczynność jest niewielka) i zwierzę nie powino wtedy okupować kaloryfera od rana do nocy i dłużej. Jeśli nadczynność tarczycy wyklucza uczucie zimna, to nam pozostaje wykluczenie jakiejś choroby, która daje objaw jak przy samej nadczynności, ale nią nie jest. Jakaś choroba, którą nasze zwierzę próbuje wygrzać: wciąż zrzuca z kaloryfera flanelę chroniącą drogi oddechowe (przynajmniej intencjonalnie), woli leżeć na żebrowanej blasze, ta chudzina. Jakaś zdradnica, która nie powoduje wzrostu temperatury. A może wszystko jest dobrze, tylko zwierzę wstało lewą nogą? Kto na świecie nie ma jakichś problemów hormonalnych? To się robi cywilizacyjne. Nie zazdroszczę lekarzom tej galaktyki możliwości.

/dzień wcześniej/
Poranek, pani weterynarz nr 1, klinika nr 1. Wyniki badania krwi. Radzę zrobić któregoś dnia test na samą tyroksynę, dwie-trzy próby w ciągu jednego dnia, bo wahanie hormonu może być spore.

Okolice południa tego samego dnia, pani weterynarz nr 2, klinika nr 2. Glukoza w normie, temperatura w normie. Nie ma sensu robić potrójnego testu na poziom tyroksyny. Zwierzę mogło się zarazić od drugiego pani zwierzęcia, które może mieć jelitową postać fipa, który tutaj zmutował do takiej atakującej tarczycę, wie pani, hodowcy nie robią testów na fip, chociaż powinni, i to ukrywają. Zakroplony odrobaczający Profender, drugiemu kotu sama pani zakropli w domu. Koty mogą być osowiałe kilka następnych dni, ale wymiotować nie powinny. Może być rozwolnienie (nie było, a osowiały był jeden kot przez dwa dni). Jeśli w obrazie usg wyjdą jakieś zmiany, to proszę się udać na konsultację do pani tej tamtej kolejnej jakiejś tu u nas, a jeśli wyjdzie wszystko dobrze, to wykupi pani Metizol, dawka taka i taka, szczegółowe zalecenia dostanie pani na papierze.

{Ta wypowiedź lekarza o fipie jest co najmniej dziwna, bo testy na fip niczego nie precyzują, chyba że zwierzę już ma postać fipa wysiękową albo suchą, przy czym postać pierwszą bez problemu widać na usg, a postać drugą zwykle diagnozuje się dopiero sekcji zwłok; z kolei jelitową postać wirusa ma połowa kotów.

Cytuję za satiso.pl: “Dwa biotypy: jelitowy i wywołujący fip (biotyp zmutowanego koronawirusa) są nie do odróżnienia metodami serologicznymi lub innymi, włącznie z technikami genetycznymi i biologii molekularnej. Nie można określić w żaden sposób, czy koronawirus stwierdzony u kota jest chorobotwórczy, czy nie. W trakcie badań biotyp może się bowiem zmieniać.” Podobne informacje na vetopedii.}

Jeszcze później tego samego dnia, pani weterynarz nr 3, klinika nr 2. Widzi pani, zwierzę jest takie drobne, wyrywa się, ja nie wiem, jak my zrobimy tą tarczycę. Proszę się nie obawiać, pani doktor, ja wezmę zwierzę na kolana, bo ono po operacji ma tkliwy kręgosłup, przytrzymam głową w pani stronę i zrobimy. (Pierwsze podejście). Niestety, proszę pani, ja przez sierść nie mam obrazu tarczycy, trzeba ogolić, maszynką zwykłą niestety, bo tą elektryczną mamy psującą się. (Dydoli zwierzęciu gardziołko do łysego, trzeba przyznać delikatnie, ale trzy punkty zaczerwieniają się, bo maszynka jest tępa. Zwierzę cierpliwie czeka, najwyraźniej zrezygnowane, pozbawione reszty wolnej woli, razem z futrem i swobodą ruchów). Końcówka ultrasonografu taka duża, że brakuje mi powiększenia. Tu powinna być transwaginalna. Ale na tym powiększeniu, co tu mam, wszystko jest w normie. Pani weterynarz ma problemy z określaniem stron prawa-lewa, to chyba przez ułożenie zwierzęcia głową do dołu, wspieram ją swoją wiedzą.

“Wątroba niepowiększona o nieznacznie obniżonej echogeniczności miąższu; zmian ogniskowych nie stwierdza się; nieznacznie pogrubiała ściana pęcherzyka żółciowego; poza tym bez zmian, złogów i cech niedrożności; śledziona niepowiększona bez zmian w miąższu; nerki symetryczne bez widocznych zmian ogniskowych, złogów i poszerzenia miedniczek; moczowody nieposzerzone; w pęcherzu moczowym niewielka ilość moczu; poszerzony żołądek z zalegającą treścią; pętle jelit zachowanej budowy i motoryki; nie stwierdza się powiększenia węzłów chłonnych jamy brzusznej ani wolnego płynu; płat gruczołu tarczowego prawego 4,1 mm średnicy bez zmian ogniskowych i nacieków; płat tarczycy lewy 4,9 mm z nieznacznie pogrubiałym podścieliskiem; zmian ogniskowych, mierzalnych torbieli, nacieków miąższu gruczołu nie stwierdza się”.

Doszedł do nas Tygrys z pracy, czekamy we trójkę na opis usg i możliwość zapłaty. Sporo ludzi z różnymi zwierzakami, wszyscy liczą na swoją kolej do lekarza albo do kasy. Jest jeden pan z fretką siedzącą mu na ramionach jak kołnierz, wszyscy zachwyceni. Rozlega się “Szczur proszony na usg!”. Wyobrażam sobie gryzonia w żelu, wystawionego na żer za dużej końcówce ultrasonografu. To musi być coś jak Nabuchodonozor versus Mątwy.

Wracamy z zaprzeszłej przeszłości. Rzecz, jak najwyżej, w tamtym tygodniu w tamtej klinice rzekomo najlepszej zależy dla kogo.

Pan weterynarz nr 4, klinika nr 3. Zwierzę cierpliwe, spokojniejsze niż na poprzednim usg, kilka razy pomiałkuje, ale obserwuje też z zainteresowaniem pomieszczenie. Lekarz nie wymaga unieruchomienia zwierzęcia, wystarczy trzymać przednie łapki tak, aby leżało na boku. Robiłem kiedyś końcówką transwaginalną, ale paradoksalnie dawała gorszy obraz.

Wcześniej tego dnia, o poranku. Dzwonię z pytaniem, jaką końcówką dysponuje klinika, bo mi poradzono transwaginalną jako najlepszą dla tak małego kota. Zapyta, proszę poczekać. Okazuje się, że pan weterynarz w naszej klinice jest najlepszy i że wychodzą odwrotne albo zupełnie inne wyniki, niż u innych, i że poza tym świetnie sobie radzi z tą końcówką, którą ma, tak mówi. Dyskusja się przedłuża, ale odpowiedzi na moje pytanie nie daje, ona myślała, że to jakiś koci noworodek, pan najlepszy to bez problemu ciąże mnogie wykrywa, i nawet fretkę obejrzy, a tu taki kot roczny, a to bez problemu proszę się nie martwić. Musi pani zdążyć przed czternastą. Postanawiam zaryzykować, skoro taki najlepszy.

“Wątroba niepowiększona, miąższ bez uchwytnych zmian. Pęcherzyk żółciowy bez uchwytnych zmian. Śledziona nieznacznie powiększona, miąższ bez zmian. Brak odczynu zapalnego wokół. Nerki rozmiarów i echogenności prawidłowej. Nadnercza bez zmian. Moczowody, pęcherz moczowy, cewka moczowa bez zmian. Wężły chłonne krezkowe nieznacznie powiększone do 3,5 mm średnicy o cechach jak przy zapaleniu przewlekłym. Brak płynu wolnego w jamie otrzewnej i opłucnej. Tarczyca około 4,2 mm płat prawy, około 4,8 mm płat lewy, powierzchnia regularna, echogeniczność regularna, w płacie lewym pojedynczy obszar ok 1,5×2 mm o nieco wzmożonej echogeniczności. Brak cech typowych dla nowotworzenia, brak torbieli. Okoliczne węzły chłonne bez zmian.”

Kolejne pytania: różnica w wynikach usg jest spowodowana czynnikiem ludzkim (lekarskim)? A może stan kota się pogarsza, bo rozwija się jakaś choroba? A może stres spowodowany ciągłymi oględzinami powoduje rozwój jakiejś choroby?

Wychodzę z usg i pytam w recepcji o jakichś dobrych lekarzy. Dostaję listę tych dobrych, którzy jeszcze nie wyjechali na Zachód i jeszcze nie są w ciąży. Pani recepcjonistka upewnia mnie, że wszyscy są dobrzy, i my recepcjonistki i laborantki (wskazuje na koleżankę) też jesteśmy dobre. Dobra dobra, ale nie wyleczycie mi kota. Śmiejemy się, hihihi, jest nam wesoło. Ja też jestem dobra, mówię, co wywołuje dodatkową salwę śmiechu, i wychodzę. Było miło i nie miałabym nic przeciwko takim spotkaniom na weterynarii, gdyby tylko moje zwierzęta zdrowe były, no właśnie.

Pani weterynarz nr 5, klinika nr 3. Poleca innego najlepszego (to będzie nr 6). Rozwiewa moje wątpliwości o zasadność testu na fip i radzi mi wstrzymać się z Metizolem do konsultacji z panem najlepszym. Ponieważ też tak zamierzałam, nabieram do niej zaufania. Wychodzę i idę do recepcji. Niestety dziś pan najlepszy nie będzie miał czasu, no, może na sekundę, ale nie, jednak nie będzie miał, to ja panią umówię na najbliższy wolny termin.

Mam taki plan, żeby przed wizytą u numeru 6 jeszcze raz zrobić obraz krwi i tyroksynę. Nie wiem, na ile stan odwodnienia może wpływać na zdrowie u kota i do jakiego stopnia, ale wiem z ludzkiego doświadczenia, że odwodnienie (np. w wyniku wymiotów, biegunki, gorączki) na pewno nie sprzyja dobremu samopoczuciu i osłabia organizm. Wiem też, że kot to jest inny świat. Bardzo chory kot umie postanowić, że umrze i przestaje szukać dla siebie ratunku. Bardzo głodny kot po iluś tam godzinach “wyłącza” organizm, żeby umrzeć. (Wygląda na to, że kot jest ateistą i jedynym stworzeniem obdarzonym wolną wolą). Może nasze zwierzę jest nie do końca szczęśliwe i jego stan to jakaś choroba psychosomatyczna?

Wydaje się, że przyczyny są co najmniej dwie: kastracja albo wirus fip wyniesiony z hodowli. Oczywiście w przypadku, jeśli nie jest to rozpędzający się nowotwór, sprowadzony na nas przez kociego demiurga, by unicestwić zwierzę posiadające takie a nie inne geny.

Koniec końców kupuję kałacha i idę do hodowcy. Potem sama zgłoszę się na usunięcie jajników, aby wolną wolą bez boga doświadczyć się hiobowo w procesie miłości.

Założyłam nową kategorię “Pod obserwacją”, z prywatnymi kotatkami esencjonalnych opisów :>
Będę tam raz dziennie zapisywać kupowe, siusiowe, jedzeniowe i zachowaniowe dokonania naszych francuskich piesków.

“A, paani! To tylko kot!” — Machnięcie ręką.


Dziś, dzwoni telefon.
Pan weterynarz, jak się właśnie okazało, nie będzie miał w umówionym czasie czasu na tzw. pełną konsultację, w związku z czym czy chciałabym pani inny termin. Zaraz, to mogą być pełne i jakie. No jak na przykład chce pani tylko receptę. Aha, ale nic mi o tym nie wspominano, kiedy mnie zapisywano i prosiłam o następny wolny termin konsultacji. Ale bo wie pani, ten tego, no tak to właśnie wyszło, bardzo nam przykro. No dobrze, oczywiście, skoro nie ma innego wyjścia to poproszę o zapisanie na kolejny najbliższy wolny termin, tylko proszę sie upewnić, że to będzie pełna konsultacjia; a może pan weterynarz ma gdzieś prywatną praktykę. Ależ tak, oczywiście, będzie pełne pół godziny; ma prywatną, o, tu, tu adres i telefon; a czy zapisać panią asekuracyjnie na za w chuj tygodni, środek listopada. Tak, poproszę. To ja pani dam znać, jeśli się wcześniej jakiś termin zwolni, a pani mi da znać, jeśli wcześniej dostanie się pani prywatnie. Cmok cmok no to jesteśmy umówione.

Ciekawe, ile osób jest tam w ten sposób robione w konia. Ja na jego miejscu już bym jeździła Maybachem po Szwajcarii.

O, przepraszam, jestem złośliwa na własnym blogu? To wyp…! Big fokin grin!

—-

13 listopada 2008

Byłam z Emcią u najlepszego pana psora w tej najlepszej klinice. Wydał się sensowny. Niestety diagnoza brzmi “Być może taka już jej uroda” (innymi słowy “Nie umiem postawić diagnozy, ale to chyba nic groźnego, wprowadzimy dietę i proszę obserwować, ze mną się kontaktować, tu adres mejlowy”). Ile razy słyszy się u lekarza ten tekst… No coż, w każdym razie pan psor wydał się poza tym jednym defekcikiem całkiem do rzeczy; a może tak mi się wydaje, bo dopiero po tej wizycie uspokoiłam się. Rzeczowe argumenty i rzeczowa rozmowa z lekarzem nie uważającym się za lepszego człowieka — prosty zestaw powodów uspokajający zatroskanego “właściciela” kota.

Świeżość poranka

Monday, October 27th, 2008

Ostateczne, idealne piękno? To byłoby przerażające. Umysł nie wytrzymałby kontaktu z czymś takim. Brakowałoby punktu zawieszenia, jakiegoś znajomego, swojskiego defektu. Czegoś, co dałoby pewność, że jeszcze się nie umarło. Nie mogę się z tym nie zgodzić.

Róże o tym wiedzą, róże są łaskawe.

Bądź pozdrowiona, dobra Matko.

Uwaga Produkt może zawierać ironię

Sunday, October 26th, 2008

Sztuka nieskończona:

Sztuka do kwadratu:

Mój wybór to oczywiście ta pierwsza, ale druga daje mi poczucie bycia artystką.

(Kolejne zdjęcie z 9 października.)

Papierowy pudelek w papierowym pudełku

Thursday, October 23rd, 2008

Mam słabość do papieru. To znaczy mam słabość do książkowej wersji książek, do papierowych notesów, zeszytów, bloków, kartek. Może dlatego, że wychowałam się wśród kilku tysięcy książek i uwielbiałam, co nawet pamiętam, kiedy ojciec nosił mnie od półki do półki, pokazując mi książki, papier, kolory, litery i alfabety kilkudziesięciu języków. Naukowe, popularnonaukowe i beletrystyka, książki i periodyki, stare i nowe, chemia, fizyka, historia i literatura, encyklopedie, słowniki w rodzaju rosyjsko-fińskiego, niemiecko-afrikaans, angielsko-japońskiego. Wtedy w Polsce szczytem poliglotii był polsko-francuski albo niemiecko-rosyjski. Biblię miał dziadzio, tatuś miał “Cztery Ewangelie” BiZTB, które teraz są ze mną. Oficjalnie tatuś był niewierzący. Tam gdzieś została wersja Jakuba Wujka. Każdy ma swoją wersję. Kilka półek zajmował “Słownik języka polskiego”, tu i tam powtykane historie państw i kultur, był też prawie cały regał z historiami literatur świata, nie po polsku, takie niewielkie książki w twardej oprawie z obwolutą w zdjęcia twórców, albo słownik języka greckiego czy coś, chyba format A4, chyba jakaś czerwono-czarna obwoluta. Pamiętam też mnóstwo innych i wszystkie kochałam za ich tajemnice, do niektórych wspinałam się po oparciu fotela i to były te najciekawsze wycieczki. Książki mówiły różnymi językami, z których dwa były wspólne i dla mnie, i dla nich: zdjęcia i rysunki oraz daty. Była też zapomniana półka z czasopismami jakiegoś towarzystwa ufologów. Każdy szanujący się naukowiec dobrze wie, że prawda jest Tam. Dla mnie była na papierze. Tylko taka była prawdziwa i można było jej ufać. A najlepszą zabawką zawsze był papier, nożyczki, klej i kredki, papeteria, znaczki, pieczątki, tekturki… To był jedyny sposób, który sprawiał, że na długo znikałam dla świata. Nie wiem, czy to wychowawcze, ale na pewno skuteczne i rozwijające zapewne też. Robiłam książeczki tak jak tatuś. Adresowałam jego listy, naklejałam znaczki, stawiałam pieczątki z adresem zwrotnym na odwrocie. Razem zanurzaliśmy w wodzie wycięte fragmenty kopert z dalekich stron, a po kilku godzinach na powierzchni pływała Marlena z Berlina, Elżbieta z Londynu, Lenin w jakimś związku, tukany i małpy, niedźwiedzie polarne i mrówki, motyle i samochody, owoce i kwiaty, budowle, teleskopy, stacje badawcze, kawałki kosmosu i inne światy. Układałam te znaczki, znaki i znaczuszki w działy: zwierzęta i rośliny, stemplowane i świeże, pojedyncze i serie. Miałam swoje królewskie stanowisko pracy: wielki rzeźbiony stół z ciemnego drewna, trochę popękany i nadszarpnięty, ale blat przykrywała miękka serweta. Stół miał dość powierzchni, aby pomieścić nie tylko dziecięce przybory i książki, ale miniaturowe budowle starożytnych kultur Ameryki, naszyjniki z paciorków i muszelek, ozdoby na ścianę, pamiątkowe łyżeczki z godłami, breloczki, muszelki, kawałki rafy koralowej i inne niezwykłe skarby z Acapulco, Colorado czy Afryki. Dyplomy i puchary, mniej lub bardziej regionalne nagrody literackie. Znaczki i monety z dziwnych krajów. Najbardziej lubiłam tę, która wyglądała jak globus i mogła być jednocześnie wisiorkiem. (A może to nie była moneta? Ale była w klaserze z monetami.) I historie mniejsze i większe, mentalne pocztówki w rodzaju błękitnego nieba nad Kalifornią albo grzechotnika, który jeszcze krok do tyłu, a zostałby nadepnięty, albo domów Islandii, których nie trzeba zamykać i gejzerów, w których można się kąpać w środku zimy, albo pięknej Italii, w której jednak nie da się mieszkać przez te wszystkie owady ciepłego klimatu i powszechność karaluchów nawet w restauracjach. Zdjęcia przyszłych rodziców z Carnac. Slajdy małej kociubinki w pięknych becikach i ciuszkach z Luksemburga i Belgii. Zdjęcia przystojnego tatusia i pięknej mamusi. Piękne ubrania i buty w mamusinej szafie, te same, w których jest na zdjęciach, kiedy była młoda i nieznajomi mężczyźni zaczepiali ją na ulicy albo na plaży z pytaniem Czy mogę zrobić sobie z panią zdjęcie? a potem pewnie chwalili się kolegom randką z taką niezwykłą dziewczyną. Czy znam te wszystkie opowieści i jeszcze więcej, i jeszcze inne, na które nie mam teraz miejsca ani czasu; ten miliard powodów do dumy — aby mi było lepiej, czy gorzej? Mam wspaniałych przodków i jeszcze lepszych rodziców (podobne mity tworzy się razem z pierwszym własnym mieszkaniem i pierwszym dzieckiem, spełniają zadanie rodowodu i służą potwierdzeniu wartości, która ma podbić cenę — Musisz się cenić, kochanie.). No dobrze, a co mnie określa? Tylko to, co sama osiągnęłam. A co osiągnęłam? Czy jest coś, co mogłabym zrobić a co przebiłoby ich osiągnięcia? Nic. Poza dobrym małżeństwem i szczęśliwą rodziną. Tyle że z doświadczenia pokoleń każdy Jasiu już w szkole wie, że takie rzeczy są niemożliwe. I w końcu goście przywożący nowe historie i kawałki innej rzeczywistości, na przykład krzyż Thora (o ten) od poety, który miał chyba ze dwa matry wzrostu i był bardzo chudy, a kiedy siedział na naszej maleńkiej kanapce, jego kolana obejmowały nasz pokój gościnny wzdłuż. Albo Holender, który miał mnie popilnować przez godzinę i, z braku wspólnego języka, naśladował śpiewy ptaków, żeby się dziecko nie nudziło. Pamiętam go jak przez mgłę. Przypominał chyba Świętego Mikołaja. A przy stole ciężki tron z miękkim siedzeniem, taki sam, jaki ma dziadzio u siebie na dole. W drugim końcu pokoju tatuś przy komputerze z chyba 1 MB pamięci (ale jakiej? nie pamiętam), dosem i chwriterem, obok drukarka igłowa, której pracę słychać było w całym domu, lata 80. Opowieści o superkomputerach, za szafą Narnii na poły zapomniane maszyny, na przykład, to chyba była ta żółta, z czcionkami gruzińskimi, które zamawialiśmy u jakiegoś mistrza fachu. Potem, już na komputerze, własnoręcznie robiony alfabet, na przykład perski, wcale nie łatwy do zrobienia przy pomocy prymitywnych narzędzi prymitywnego komputera, który przyleciał samolotem z jakichś Tajwanów czy innych Korei (geografia dzieckowej ignorancji). I są jeszcze podróże z tatusiem do różnych miast po książki i z mamusią na wakacje w góry, co w mojej pamięci jakoś wynika z tego stołu. Zupełnie inna, może jeszcze dłuższa historia. Co osiągnęłam? Jestem na stanowisku wielkiego archiwisty w kartotece mojej pamięci, sięgającej pierwszego roku życia. Czuwam nad strzępkami, zlepkami, nadgryzieniami, białymi plamami, niewyraźnymi odbitkami, niedokończonymi wydarzeniami i niekończącymi się historiami. Odświeżam to wszystko raz dziennie i szukam śladów, wygłaszam referaty i wyjeżdżam na sympozja niebieskich migdałów do kraju na kozetce gdzieś poza korą mózgową, a czasem podlewam jakąś roślinę, która wykiełkowała między katalogiem z sierpnia któregoś roku a grudnia roku innego.

Do dziś lubię siedzieć w ciszy i zawsze mam co z tą ciszą zrobić. Mam dyplom mistrzowski z latającego uniwersytetu wycinankowego.

Większość zeszytów i notatników podpisuję podobnie: Flora Pudelkova, email, komórka. Jedyny stały adres osóbki w podróży. Całkowicie wirtualne trzy Agatki jak z dobranocki, której nie ma. A przecież kiedyś miałam własną budę, miskę i obrożę z numerem drzwi i nazwiskiem właścicieli. I zupełnie co innego pisałam na okładkach zeszytów szkolnych.

Większość zeszytów i notatników jest niezapisana, jakbym chciała, żeby wciąż był początek. Wszystkie mają piękne i oryginalne okładki.

Skąd ten potok? Z przychodni weterynaryjnej. Poznałyśmy niezwykłą i wykwintną, bardzo nowoczesną starszą damę z ośmioletnią bokserką. Dawno nie pogadałam tak sympatycznie z obcym człowiekiem, który nie jest taksówkarzem z Grochowa albo Pragi. Owa dama, jak wynikło z pogawędki, jest chyba jakąś gwiazdą w jakimś radiu. Niestety, proszę mi wybaczyć, nie słucham radia, nie oglądam telewizji. Nie kojarzę większości gwiazd i osobistości; wiem tyle, ile się naoglądam kina. Odniosłam jednak wrażenie, że powinnam była zareagować co najmniej uprzejmym zdziwieniem i eleganckim bukietem zachwytów. Trudno to rozpoznać po kimś, kogo widzi się po raz pierwszy i nie zna się jego nawyków traktowania własnej osoby (subtelne gesty i mimika oczekiwania na reakcję, jak pauza w monologu wewnętrznym) i przyzwyczajeń do bycia traktowanym w określony sposób.

Kim była ta szacowna i zabawna pani? Być może kimś szanowanym, ważnym i podziwianym. Ma jakieś znane nazwisko i wiele sukcesów. Ma powody do dumy, ale nie mogła się przejrzeć w lusterku mojego podziwu. Jest kimś. Dla mnie jednak była sobą — ekscentryczną ale (właśnie tak, ale) fajną właścicielką przesłodkiej, całuśnej, potężnej i uroczej dziewczynki. Właścicielką przejętą zdrowiem ukochanego oczka w głowie, kobietą, która nie spała w nocy z troski o psa, osobą, która zapomniała dziś z tego wszystkiego pewnego szczegółu garderoby, z czego jednak sama potrafiła zażartować.

Kociuś biegnie za mną, wyprzedza mnie i trzema susami zdobywa szczyt drapaka z przymilnym miałkiem, a kiedy się do niego odwracam, ześlizguje się z łapek na plecki jak wkręcana śrubka, czym skłania mnie do wymiętoszenia go i przypomnienia mu: ty tobołku-traktorku, furczący fikołku, takie śliczne oczynki, nosunio, języczuszek, uszątka, ogoneczek, łapeczątka, brzuszyczunio, futerusio, tru tu tu moje słodziąteczko, ja muszę teraz umyć zębiska, pa pa pa.