Do tego stopnia, że dziś wywlekły trzy bobki gówna z kuwety (jeden bobek został w kuwecie) i rozniosły po kuchni i przedpokoju. Właśnie sprzątnęłam. Nie rozmazały. Kupa ładnie uformowana, zwarta, stukająca, jak zwykle. Kotki zdrowe i szczęśliwe. Może tylko troszkę nadwrażliwe. Żadnych nowych zagrożeń znikąd. Kuweta zawsze czysta i pusta, sprzątana przez nas natychmiast, z użyciem opatentowanego doświadczeniem systemu czyszczenia, oprócz tego mycie generalne co tydzień, żwirek mają ten, co lubią. Jedzenie mają takie, jakie im smakuje. Żadnych stresujących zmian w otoczeniu, żadnych nowych zapachów ani obiektów żywych. Nasze kotki są wręcz wypieszczone, wychuchane i na pierwszym miejscu. I tak jak w przypadku dzieci — takie wychowywanie kotów nie jest właściwe. Zwierzę pozostaje wiecznym oseskiem, fistaszkowym Linusem z kocykiem. Jedynym więc realnym problemem jest to, że kotki są za bardzo do nas przywiązane (moim zdaniem) i wciąż znudzone pomimo ciągłego kupowania im nowych zabawek i ciągłego dawania im wszystkiego, czym chcą się bawić, a co zabawką formalnie nie jest. I pomimo szalonych pogoni, które nigdy im się nie nudzą. Oprócz tego wciąż ktoś je musi zabawiać, co Tygrys robi z dziką rozkoszą, a czemu ja się sprzeciwiam, na próżno. Ale dziś Tygrysa nie ma i jutro też nie będzie, i tak co tydzień czy dwa. Nasi milusińscy zasrają nam całe mieszkanie w ramach samodzielnej organizacji zabawy? To dziwne, ale nawet nie jestem zdenerwowana. Po prostu ręce mi opadły i żadna Vicky Halls nie pomoże. Chyba powinnam zjeść śniadanie, żeby mieć na to siłę. A mycie podłogi (dziwnie nie umyć nawet po takim szczelnym gównie, prawda?) zostawię sobie na później, bo jakie to ma znaczenie i dla kogo?