Archive for July, 2008

Diabełki z pudełka

Friday, July 25th, 2008

Jestem w trakcie przygotowywania zdjęć z warszawskiego ogrodu botanicznego, gdzie poznałam wielce szanownego pana Kota Zrudziałego, i pomyślałam sobie, że cofnę się trochę w czasie do innych biedactw, które kiedyś tam nie wyraziły sprzeciwu wobec ustrzelenia. Kotalog ten mam nadzieję powiększać, w miarę jak będę się przekopywać przez moje przepastne archiwa obrazkowe.

Pierwszy portrecik to oczywiście Książę na Powsinie (chyba kocur, ale może nie?), Ptaszyna (-ę?) spotkałam na leśnej ścieżce, a pozostałe zwierzaki są mieszkańcami Zakopanego.

Książę wyglądał na dość zmarnowanego. Leżał sobie w szklarni na sztucznej trawie i pozował niezwykle flegmatycznie. Wydaje się, że wiele doświadczył, w każdym razie osiągnął zen.

Ptaszątko zaszło mi drogę, gdy wracałam z ogrodu leśną ścieżką. Szukało czegoś intensywnie i w ogóle się mną nie przejmowało.

Psiątko z gospodarstwa przy ulicy Kościeliskiej. Cierpliwy, spokojny i mądry.

A tę nieziemską Zjawę przydybałam w drodze do Jaszczurówki, tuż przy rondzie Chałubińskiego.

Pan Piesek z Gubałówki. Łagodne stworzenie z krzywym zgryzem. Spojrzeniem równoważy niedostatek wymowy…

Ta Pieska to także bywalczyni Gubałówki. I ona ma kłopotliwe ząbki, co jednak nie przeszkadza jej być gwiazdą o zachodzie słońca, kiedy piękno odradza się z ognia.

I kolejne Stworzonko z zakopiańskiej górki. Urodzony taternik: miłość do jadła godzi z pasją wspinania, i to całkiem nieźle, sądząc po figurze. Ujął mnie wyrazem buziaczka.

A tutaj Smutniątko z domu przy Jagiellońskiej. A może tylko Odpoczywacz.

What I see It is not

Saturday, July 19th, 2008

Not a favourite
Not even a child anymore

Girl
it is not
Love

Flora pudełkowa 05 The Sound and the Fury

Wednesday, July 16th, 2008

Pierwszego czerwca poranek był wściekle gorący, nie tylko na łące.

Zaczęło się jak sen.

Potem chmury głodnych owadów cięły, jakby człowiek był ich jedynym pokarmem po chłodnej nocy. Powietrze pachniało, kręciło w nosie i rozgrzewało nawet oczy. A pod grochodrzewem było słodko i niebezpiecznie. Zanurzona głęboko w huczących rojach głowa traciła jedność zwykłej bryły. Można tak było stać i przemieniać się bez końca w coraz to inną fasetkę, inne skrzydełko, inne pracowite czułki. Miodu nie potrzeba jeść, miód jest zapachem białych kwiatów i żółtych ciałek, wchłanianym przez rozgrzaną słońcem skórę.

W końcu pasja poddała się uspokojeniu.