Archive for June, 2008

Podwórko człowieka poćciwego

Friday, June 20th, 2008

Trawnik przed burzą podlej obficie, wilgoci nie żałując ni trudu, albowiem deszczówce wsiąkać w podłoże się nie godzi, wszelako celem jej przez naturę danym wstęgą wartką a szeroką jako ta rzeka modrym pasmem do morza biegnącym spłynąć. A uczyniwszy to, pewien być możesz fundamentów stałości domostwa twojego, albowiem ono właśnie, jak owo gęsiątko niebogie na kraju puszczy od lisa wyratowane ze śmierci strasznej a niechybnej, na wody kwaśne i parzące narażonym nie będzie. A gdy ulewa zawita w progi domu twego, ogród zraszaj równomiernie, deszczowi z niebios drogę ukazując przez gąszcz trawek cieniuchnych, kwiatków barwnych, warzywek mizernych i krzaczków gęstych tam, skąd przybył.

Flora pudełkowa 04 Zaszła roślinność słońcu drogę

Sunday, June 15th, 2008

Nic nie robię tylko spaceruję i bawię się w fotografa (a raczej -ficzkę, bo szanujący się fotograf robi tylko eleganckie piersi, papierosy w wargach i reportaże; czyżbyś miała kompleks?! tak, mam nieduże c i nie wolno mi palić, do cholery tam z reportażem, jestem sztandarową niemalże bo wulgarną jakich mało kobietą wszak psheciesh, i lubię kwiatki!). A tu wieczór majowy, 28. po 19.

Sporty poproszę

Wednesday, June 11th, 2008

Ostatnim razem robiłam to trzy lata temu na parkingu tesko.

Dziś natomiast już pod lasem, gdzie wyplułam sporo przyległych niegdyś lakistrajków, a ptasie mleczko, wchłonięte przed wyjściem z frustracji na temat wagi, wyfrunęło z okolic pępka drogą sublimacji.

Bolą mnie tylko golenie, co jest sporym sukcesem jak na tryb życia leniwego kapelusza. Twarz osoby w lustrze no nie powiem że jak płatek róży albo krew z mlekiem, ale jak objedzony nietoperz. Za to jutro znowu będę mieć osiemnaście lat, bo oblepiłam się koenzymem ku chwale próżności.

Nie ma to jak rolki.

Wiara wraca!

Thursday, June 05th, 2008

Piąty czerw do tej wisienki co wczoraj żułam, gadzin trzynasty, updejtem zwie się to, hej:

Dziś słyszałam niezwykle oryginalne wołanie: “Edmund wraca!”. Konstrukcja powtórzyła się z kilkoma innymi imionami, cień podejrzenia ani ziarno wątpliwości — no po prostu nic nie padło poza bladym strachem o przyszłość ojczyzny-polszczyzny, no może przesadzam żeby się gorzej czytało ale ładniej brzmiało (to się nazywa grafomania, dziś już grzechem nie jest), że tam na samym końcu nie ma j! Mam kilka hipotez (ni)e-naukowych. Jedna z nich to taka, że pani przedszkolanka naczytała się poradników do wizualizacji (o fotografię tu nie chodzi, chociaż widziałam raz coś jakby lustrzankę w jednej dziesięciorga rąk, zdziwienie uprasza się ukoić w poście środy, wychowawczyni, ale czy to słowo nadal odności się do tego samego desygnatu, och jakie mądre słowo!, co dwadzieścia lat temu?, zapewne miłośniczki portretu dziecięcego). Silną wolą i niezłym okiem trzeba się wykazać, żeby w uciekającym dziecku widzieć powracające. A może pani przedszkolanka wstydzi się zwrócić do małolata bezpośrednio? Zniżać się jakoś nie wypada, cały blok, ba! nawet wszystkie psy na balkonach mogą przecież podsłuchywać, plotki by się jeszcze rozeszły o niekompetencji wychowawczej… Druga czy któraś tam już hipoteza, widzą państwo mózg odmóżdżony latami pracy w Internecie ale to inna bajka, jest ciut bardziej zwrócona w kierunku języka jako systemu znaków i reguł ich łączenia, a więc nie chodzi o to, że tym kawałkiem mięśnia poprzecznie prążkowanego można pobruszyć (wyrazu z drugiej części pierwszego polskiego zdania nie śmiem odmienić w duchu żadnej z miłościwie nam panujących norm językowych) w jamie gębowej czy gdzie tam sobie kto życzy, tylko o to, żeby można było pobruszyć wokalnie: wszystko to, co pomyśli głowa. Żeby na gęś nie wypaść niekulturalną, bo tego Polak wystrzegać się powinien wzorem trenów Beniowskiego, to nie źwierzyniec, tu jes Europa, tu się byków nie zbija, to mit jakiś. No więc hipoteza trzecia jest o tym, jak pani wychowawczyni chciała delikatnie ale zdecydowanie (niby że tu się nie rozkazuje, bo tu jest klub przedszkolaka, a nie żadne perelowskie przedszkole publiczne) wyrazić nakaz kategoryczny, ale do dzieci z bogatych osiedli należy się zwracać uprzejmie i subtelnie, o czym powiada kodeks moralny człowieka i obywatela, który wisi ku przestrodze wszem i wobec, głęboko wykrojony planem pięćdziesięcioletnim. Koniec, tak mi dopomóż Bug.

Wesolutko nam, hej!

Wednesday, June 04th, 2008

Od pewnego czasu mam powtórkę z liceum i studiów. I jakby tego było mało — z przedszkola. Jak widać na załączonym obrazku, przedszkolanek jest aż pięć. Na tylko czternaścioro maluchów. (W mojej grupie, co prawda sześciolatków, dzieci na oko ciut starszych niż te poniżej, była jedna wychowawczyni, czasem przychodziła druga. Tak było w całym przedszkolu i zerówce. Dzieci z każdej grupy było ze trzydzieścioro: typowa klasa z tamtych lat, to samo w szkole.) Prawie każdego dnia mam okazję słuchać zakazów i nawoływań oraz typowego dla współczesnych (nie)dorosłych z syndromem niedowładzy protekcjonalnego “Zuzanno, proszę wrócić!”. Czasem przyglądam się tym rozbrykanym dzieciom i kiedy porównuję nasze-moje hulanki przedszkolne, widzę że te współczesne dzieci wcale nie są rozbrykane! I częściej płaczą, nawet wpadają w histerię albo po prostu drą się wniebogłosy, gdy coś nie idzie po ich myśli. Brakuje obecności ojców na tej lekcji. Ojców: nie tatusiów, kumpli albo wujków, ale zrównoważonych i dojrzałych do tej roli mężczyzn. Mężczyzn umiejących dać dziecku poczucie wolności w określonych ramach stosownych do jego wieku i rozwinięcia. Bo płacz jest zawsze oznaką zagubienia. A żadnego zagubienia nie uleczy się przytulankiem i ciasteczkiem. Zbieranina pięciu kobiet nie zastąpi jednego ojca, choćby ze skóry wyszły wszystkie feministki. Z całym szacunkiem dla tych, które podziwiam.

Współczuję temu pokoleniu.

Ale czy to pierwsze takie?