Szafa zdobyta (okno też)
Thursday, January 31st, 20084 stycznia: zdobycie 190 cm szafy i skok z tej samej wysokości na podłogę.
Pierwsza dokonała tego kot K (brat natychmiast poszedł w jej ślady), tak samo jak jeszcze w tamtym roku pierwsza zeskoczyła z półtorametrowego drapaka. Za to drogę odwrotną jako pierwszy przebył kot M — 28 grudnia (tak, zapisuję takie przełomowe dokonania). To był też dzień skoku na 75 cm biurka bezpośrednio z podłogi, oczywiście przez kotę. Tak więc zarówno w przypadku ludzi, jak i tych zwierzaków sprawdza się zasada, że to dziewczynki dopingują chłopców, a chłopcy robią to, co dziewczynki, żeby się im przypodobać, no i żeby gorszym nie być. (To tylko takie prywatne obserwacje, naukowo niepotwierdzone).
Przyzwoitych zdjęć z tej imprezy nie mam, bo wybrałam stanie na straży zamiast udawanie artystki. I chociaż serce mi się kroiło, bo kot, wiadomo, wejść umie wszędzie, ale z zejściem już bywa trudniej, to mimo żałosnych pomiałkiwań nie pomogłam im zejść: a co, jak będą w domu same, to kto im pomoże? Niech się uczą, huncwoty, odpowiedzialności! No więc moment dwojga na huśtawce uwieczniłam telefonem. Droga podsufitowej wycieczki prowadziła z podłogi na górę szpargałów za drzwiami a z nich — na szafę. Logicznie rzecz biorąc najprostsze zejście było tą samą ścieżką, ale to tylko złudzenie, jak to w górach. Tak więc koci rozsądek podyktował im taką drogę powrotną, żeby nie trzeba było ześlizgiwać się po pakach bez kontroli nad miejscem lądowania. Do dziś wybierają takie zejście, tylko częściej pokazuję im jednak bezpieczniejszą dla stawów drogę przez paki, albo ostatecznie zdejmuję z drzwi, jak już któreś bardzo płacze, taka jestem niewychowawcza.
Po zdobyciu pierwszej w życiu poważnej wysokości koty rozpoczęły wieczorną drzemkę wcześniej niż zwyke i spały jak aniołki. Zwykle podpatrują co któryś trzask migawki, a tym razem w ogóle nie reagowały. Było widać, że takie przygody to dla kociego miniorganizmu spory wysiłek i stres. (29 stycznia skończyły dopiero czwarty miesiąc).
Aha, i póki pamiętam, a to niezwykle ważne. I miłe. W niedzielę (czy poniedziałek?) drzemałam sobie popołudniowo a kota przyszła i ułożyła mi się do spanka na zgiętym ramieniu, twarzą do mojej twarzy, potem dupką, a potem zdecydowała, że nadszedł czas dokładnie zbadać moją głowę. Zaczęła niuchać i podgryzać mi włosy, wydając przy tym przezabawne jakby furkoczące a jakby gwiżdżące dmuchnięcia, co mnie rozśmieszyło do łez, więc sprawdziła pysiem rzęsy i powiekę u ich nasady. Przedelikatny kociak. Wczoraj natomiast jej brat spał mi na dekolcie i deptał po szyi. Uważnie przy tym obserwował moją twarz, przymykając oczy. Też swoje przymykałam, wszak dla kota to znak dobrego nastroju. Ziewaliśmy też wspólnie, mrałczny to był czas.
Chronologicznie rzecz biorąc, jeszcze jedno zdobycie miało miejsce, i to w ten poniedziałek i znowu kot K!
Teraz wspina się tam, nie przesadzając, co parę godzin, spryciara! Brat też by chciał, ale wygląda na to, że już za ciężki jest. Przerósł ją przez miesiąc o jakąś 1/4. Boję się pomyśleć, jak firanka wytrzyma dwa koty, kiedy desperacja popchnie go w tym kierunku.






























