Wednesday, 14 April 2010

Cud mniemany

na malowniczym pagórku
nad rzeką

w południowo-środkowo
prawym

sektorze

wyrósł z krypty
wielki jak dąb
żywy pomnik

znak symbol alegoria metafora
kompleks
zieleni drzewko szczęścia

skrzyknięto imprezę
wino kiełbaski bankiet

powitanie wiosny
topienie marzanny

wrzuć monetę
na znak pokoju

zimmer rooms

Friday, 5 March 2010

Photography—another drug

I’m watching Beyond Borders*.
I can’t watch it and yet I must.

I feel photography—I mean taking pictures, is another drug that keeps me away from real life. Keeps me away from my anxiety and fear. Some time ago I thought only images of people are worth to take. The kind of photography that is tough for me. I tried it many times and I always felt I’m such an arrogant child—wanting to take one’s particular state of mind with me. Then leaving the human being behind. I felt like a collector of butterflies (and I was one long time ago)—I have them all and they can’t escape! They are still—but thanks to my skills they look alive. Beautifully frozen in a perfect high quality wooden frame. Mine! I made this! I!

Real life is not a perfect frame.

The world is not the word ‘I’.

Hunting for a picture is an act of desperation: I try to make my life meaningful. Did you notice? MY life. How I got to this point—to this egocentric lie?

I fear that maybe even photojournalism and social documentary photography is a vanity production for the creator and a cheap thrill for the appreciator: “What a balance of lights and shadows! What an outstanding composition! Such a powerful story! Poor men!”. And then a burgher goes to his cosy apartment. At first he feels agitated. Then he’s content. What an interesting exhibition it was.

Yes—even photojournalism and social documentary photography—they are both hypocritical unless they force you to ACT against or for something. Not to EMULATE a photographer.

Camera is a wall. It’s a curtain. It’s a weapon for the weak.

Then what is real life? It’s people. Real ones—not their IMAGOS.

Did you know the words ‘touch’ and ‘love’ have the same parent?

*Is it really impossible to make a serious film on a serious problem and not serving it as another Gone With The Wind? Did it really have to be such a shitty easy-swallow? I bet those who liked the film for its love theme are not interested at all in the subject of war refugees and didn’t even notice anything but hugs and kisses until the ending credits. The idea of smuggling any serious problem in a love affair cookie is fake! Also, it’s a shame how naive I am: when I saw that vulture waiting for the child’s death—I thought it will be a strong film… I should have remembered the list of dauby tricks.

Thursday, 6 August 2009

Seler i jego żywy feler

Wszystko wskazuje na to, że Apium graveolens var. dulce właśnie kupiony przeze mnie w tesko jest jadalny, ba! nawet biologicznie żywy: znalazłam w nim żywą, tłustą, szarą, gąsięnnicę* z czarnym łbem (a mówią, że realizm to cecha narracji męskiej!) oraz żywą (część segmentowana jak najbardziej ruchoma, cóż to za widok) poczwarkę w wełnistym kokonie. Nie będzie jednak okazji aby sprawdzić, czy ta zwierzyna była po prostu tak odporna na chemię i promieniowanie, czy może jutro byłoby inne, jak z Kafki albo Godzilli, trudno powiedzieć, co gorsze.

No, idę szkiełkiem łowić niebieskie migdały.

7 sierpnia rano. Ezruś medytuje nad czymś niedaleko ukrytego w szafce kosza na śmiecie. Mamle i ciapta. Głodny kotek? Zaraz damy jeść misiątku. Podchodzę, patrzę, a na placu zabaw owa gąsiennica. Wzięłam ją przez papier i łup kapciem do ziemi, dwa razy, aż dom w posadach zadrżał. No, tym razem już z kosza nie wylezie. Sprawdzam — żyje!

Wnioski: boję się wyciągać wnioski. Boję się jeść seler. A gąsiennicę wyrzuciłam za okno. Może nie wróci.

Sunday, 17 May 2009

Flip & Flap, twist and shout

1. Kociuś okazał się ziołożercą. Oprócz młodych traw lubi ogórki bez skórki, sałatę maślaną, liście kalafiora, mięty i pietruszki, kiełki pszenicy, lucerny, rzodkiewki, brokułów, słonecznika i fasoli mung. No i paprotkę o mięsistych pachnących liściach. Szarotka zieleniny nie jada, no bo co ona, przecież nie królik. Woli miód i sok świeżego pomidora albo pomarańczy (w ilościach homeopatycznych), a do tego kocie mleko — im więcej, tym lepiej.

2. Zdaliśmy egzaminy!

3. W piątek piętnastego po dwudziestej pierwszej ananke zagrała swoją pierwszą rolę komediową. Przydepnęła sobie za długie spodnie dresowe i spadła z krzesła odwłokiem na drewiany (buk!) brzeg łóżka. Na szczęście Kocura ani liścia paprotki z rąk nie wypuściła. Pan ortopeda, uważnie oglądając fotę rtg, nie stwierdził pęknięć kości ogonowej, ani — co najważniejsze — wyższych partii kręgosłupa, ale wiadomo, że kość ogonowa jest mała. Tak mała, że jej na rzeczonym zdjęciu nie ma. To, w rzeczy samej, szczegół.

4. Umiejętność obsługi młota pneumatycznego bez ochraniaczy na uszy od ósmej do czternastej bez przerwy może wynikać z jakichś zmian przystosowawczych organizmu do warunków pracy. Być może powstaje na naszych oczach nowa gałąź naczelnych.

5. Less Than One — dawno nie czytałam lepszych esejów.

6. Kuchnia Pięciu Przemian to niezwykły tuning ciała i umysłu.