Thursday, 18 February 2016

To angsty scribblers on a mission

You are not a poet because you have issues, or because you don’t fit in society, or because you feel the need to write, or because you are angry or in love, or because you can’t express yourself in any other way, or because you just “know better”. Poetry is not a drainage to your petty sentiments or frustrations. Poetry is not a tool in a fight against the world. Poetry is love. It can be fueld by anger, but it is always love. Love knows no fear. Love is always gentle. To put it bluntly: this invertebrate knows poetry inside out. It fact, this invertebrate is writing a poem.

IMG_1309

Friday, 2 November 2012

The idea of you

Black and white photography is a lie just like the words of your favourite poem are.

This poem — this image — has a target: the idea of you. But the idea of you is just that: an idea. It is a snapshot or a quote that today represents a fascet of you. It will never be the whole you, no matter how few or how many words or images.
You are a visitor to this metaphor.
The unconscious one.
The creator.

Tuesday, 6 September 2011

Niby “Leczo” Nic

To będzie pierwszy post o jedzeniu. A może też ostatni, bo mi się nie będzie chciało wklikiwać tych śmiesznych “przepisów”. A no właśnie mam ochotę zapisać akurat ten (dopiero po dwóch latach od przejścia na jaroszyzm), bo akurat to dańko wprawiło mnie w dobry humor. Pewnie dlatego, że głównym składnikiem mojego niespodziewanie pysznego dzisiejszego obiadu była soja. Kilka dni temu ugotowałam ją po raz pierwszy!

A, bo zawsze zniechęcał mnie czas: namoczona przepisowo 12 godzin czy też “przez noc” gotuje się około 4 godzin. Inne strączki gotują się dużo szybciej: najszybciej mung, trochę wolniej adzuki. Kluczem, a właściwie pękiem kluczy do udanego ugotowania strączkowych nasionek jest długie moczenie (nie patrzę na zegarek, ale moczę zazwyczaj dobę albo nawet dwie, nawet do kiełkowania, bo w tym czasie gotuję i jem inne rzeczy) z 2-3-krotną wymianą wody oraz gotowanie w świeżej — te dwie zasady są krytycznym warunkiem antygazowym, że tak o tym wspomnę obcesowo (nie, nie tracimy witamin, a odwrotnie, i przyswajamy całą dobroć fasolek!). Poza tym gotuję fasole z (hojnym) dodatkiem kminku (nie mam kminku? a może jest herbatka koperkowa w torebkach? no to rozdzieram ją i wsypuję trochę ziaren do garnka), który ułatwia żołądkowi pracę z fasolą, nie wpływając na jej późniejszy smak. Glonów zalecanych przez ortodoksyjną literaturę nie używam, bo nie lubię. Druga sprawa to sól. Ważne jest, aby dodać łyżeczkę albo nawet mniej, ale dopiero pod koniec gotowania. Dzięki temu fasola nagle mięknie i można odcedzać (pozbywając się przy okazji nadmiaru kminku). Dodanie jej na początku gotowania sprawi, że będziemy stać nad garnkiem w nieskończoność, a potem będziemy jeść niedogotowaną fasolę w twardej skórce.

No więc ugotowałam tę soję w sobotę czy coś, smakuję i… blee! oj, niesmaczna… Mięso Chin czy jak tam brzmiał ów komplement… Fuj, naprawdę fuj. Leżała sobie w garnku w lodówce aż do dziś. Tak, tak, docieramy do sedna sprawy! No więc ja, certyfikowany leń i nierób — co ja zwykle mam w domu do jedzenia? Sznurówkę i gwoździe! To znaczy mam to w lodówce. (Oraz obowiązkowo cebulę i czasem musztardę, ale musztarda nie moja). W szafce-spiżarence mam zawsze niefiltrowaną extra dziewicę, nierafinowaną sól morską, jakieś fasole, grochy, soczewice, ryże, zboża, całą półkę przypraw (ale nie tych złożonych “dla grilla” albo “do piersi”, a pojedynczych ziółek i proszeczków, kolorowe kichnięcie). W sezonowych momentach obfitości w lodówce rosną też jakieś warzywa.

No dobrze, wracając do tematu — dziś byłam skazana na tę obrzydliwą soję. Na patelnię (2,6 kg razem z pokrywą, uff) wrzuciłam trochę (żeby nie za ciężko!;) tego okropnego chińskiego mięsa, dorzuciłam całą (no ale pokrojoną przecież, nie?) cebulę, podlałam oliwą, posoliłam i tak się zastanawiam: “Jak ja to przełknę?”. No to trochę przypraw. Pokruszyłam tymianku, sypnęłam lubczykiem, cayenne (może być osto, ale żeby mordy nie urywało), imbirem. Po chwili zastanowienia dodałam też koperku. Patrzę na tę patelnię i coś tak ubożuchno. Zaglądam do lodówki i mam odpowiedź! Śliczne małe pomidorki, chyba te koktajlowe? nie znam się na takich frykasach, i jakiś nieduży pomidor malinowy… Wszystko już tak co najmniej parodniowe, he he… Biorę, sprawdzam czy żyją, czy nie świecą, myję, przekrajam… Orany, bomba! Słodziutkie, najlepsze!, bez cienia pleśowej goryczy :>. No to nożem i na patelnię! (Błagam, kupcie sobie kilka świeżych desek do krojenia, jeśli używacie drewnianych, a wyrzućcie tę zbutwiałą tradycję po ukochanej prababci, żołądek Wam podziękuje! I nie krójcie mięsa na tej, na której kroicie inne rzeczy). No więc niby-leczo pyrkocze subtelnie na małym ogniu, mieszam sobie rozanielona. (Pod nogami spluwaczka, bo ślina cieknie jak rodowodowemu bokserowi). Ale czekam wytrwale. Kilka minut duszenia pod przykryciem i gotowe. Wygląda jadalnie! Co za radość, spełnione nadzieje, świt grzechu! Chwileczkę, nie tak prędko, po trzydniowym poście nie należy tak od razu rzucać się na jedzenie. W ramach ćwiczenia woli nastawiam minutnik na pół godziny i zjadam ostatnią (takie najlepsze!) “brzoskwinię krajową” na przystawkę, myję gary, sprzątam resztę, leczo-nic na talerzu pod przykryciem “dochodzi do siebie” i czilałtuje a ja biegnę do kuchni i zmywam maseczkę (pożyteczne gotowanie z przyjemnym spa!) z czerwonej glinki (czerwona dla anemików, bogata w żelazo!;). Pranie klika na powieszenie, więc wieszam. O, już czas. Ślinotok zatamowany.

I tak to się zwykle odbywa, gdyby ktoś miał takie dziwne przekonanie, że gotowanie wegetariańskie to masa czasu i zachodu. Nic bardziej błędnego. Czasem nastawiam jedzenie (w garnku, nie na patelni) i idę się myć, a po wyjściu z łazienki mam już (śnia)danie. Albo jeszcze lepiej: tu czekam sobie na wrzątek, tam myję zęby, tu wsypuję kaszę, tam biorę prysznic, tu kroję warzywa, tam nagrywa się płyta, tu chlapnę, tam dosypię, gdzie indziej rozleję… (Musi być niezdarnie, bo inaczej nikt nie uwierzy!). Trochę (za)mieszania, rozdział z książki, trzy smsy — i już! Idealne rozwiązanie, gdy się spieszę. Nie zastanawiam się specjalnie nad ilością i proporcjami, te rzeczy dzieją się same. Pomaga wyobraźnia i wyczucie — odziedziczone po ojcu chemiku, rozwinięte własnym doświadczeniem (niewielka pompa i fąfary także obowiązkowe). Nie powiem, że uczyłam się na próbach i błędach, bo błędów nie było zbyt wiele — może dzięki właściwym książkom, z którymi zaczęłam Tej-Która-Nie-Cierpi-Gotować-Podróż-Do-Kuchni. I najfajniejsze jest to, że w ten sposób nie da się zjeść dwa razy tego samego i że każde kolejne danie (zbyt wielkie słowo dla umiłowanej prostoty) jest smakową niespodzianką (nie mam potrzeby degustacji podczas gotowania). Żegnajcie mielone i schabowe, pieczenie, sranie i w banie, pardon, oho, jeśli mnie słuch nie myli, to właśnie idę sprzątnąć kocie rzygi. Emcia jest bulimiczką.