Archive for the Category 'Dla osób z mgr'

Seler i jego żywy feler

Thursday, August 06th, 2009

Wszystko wskazuje na to, że Apium graveolens var. dulce właśnie kupiony przeze mnie w tesko jest jadalny, ba! nawet biologicznie żywy: znalazłam w nim żywą, tłustą, szarą, gąsięnnicę* z czarnym łbem (a mówią, że realizm to cecha narracji męskiej!) oraz żywą (część segmentowana jak najbardziej ruchoma, cóż to za widok) poczwarkę w wełnistym kokonie. Nie będzie jednak okazji aby sprawdzić, czy ta zwierzyna była po prostu tak odporna na chemię i promieniowanie, czy może jutro byłoby inne, jak z Kafki albo Godzilli, trudno powiedzieć, co gorsze.

No, idę szkiełkiem łowić niebieskie migdały.

– — –

7 sierpnia rano. Ezruś medytuje nad czymś niedaleko ukrytego w szafce kosza na śmiecie. Mamle i ciapta. Głodny kotek? Zaraz damy jeść misiątku. Podchodzę, patrzę, a na placu zabaw owa gąsiennica. Wzięłam ją przez papier i łup kapciem do ziemi, dwa razy, aż dom w posadach zadrżał. No, tym razem już z kosza nie wylezie. Sprawdzam — żyje!

Wnioski: boję się wyciągać wnioski. Boję się jeść seler. A gąsiennicę wyrzuciłam za okno. Może nie wróci.

Flip & Flap, twist and shout

Sunday, May 17th, 2009

1. Kociuś okazał się ziołożercą. Oprócz młodych traw lubi ogórki bez skórki, sałatę maślaną, liście kalafiora, mięty i pietruszki, kiełki pszenicy, lucerny, rzodkiewki, brokułów, słonecznika i fasoli mung. No i paprotkę o mięsistych pachnących liściach. Szarotka zieleniny nie jada, no bo co ona, przecież nie królik. Woli miód i sok świeżego pomidora albo pomarańczy (w ilościach homeopatycznych), a do tego kocie mleko — im więcej, tym lepiej.

2. Zdaliśmy egzaminy!

3. W piątek piętnastego po dwudziestej pierwszej ananke zagrała swoją pierwszą rolę komediową. Przydepnęła sobie za długie spodnie dresowe i spadła z krzesła odwłokiem na drewiany (buk!) brzeg łóżka. Na szczęście Kocura ani liścia paprotki z rąk nie wypuściła. Pan ortopeda, uważnie oglądając fotę rtg, nie stwierdził pęknięć kości ogonowej, ani — co najważniejsze — wyższych partii kręgosłupa, ale wiadomo, że kość ogonowa jest mała. Tak mała, że jej na rzeczonym zdjęciu nie ma. To, w rzeczy samej, szczegół.

4. Umiejętność obsługi młota pneumatycznego bez ochraniaczy na uszy od ósmej do czternastej bez przerwy może wynikać z jakichś zmian przystosowawczych organizmu do warunków pracy. Być może powstaje na naszych oczach nowa gałąź naczelnych.

5. Less Than One — dawno nie czytałam lepszych esejów.

6. Kuchnia Pięciu Przemian to niezwykły tuning ciała i umysłu.

Prawa do koszyczka

Saturday, April 11th, 2009

Tak, dziś obrazek z kopyrajtem! A co, czasem trzeba się pokazać! Obrazek jak prosto z kiosku ruchu, nieprawdaż?

Tak czy inaczej jestem dumna ze swojej tegorocznej twórczości wielkanocnej (szczególnie tej w lodówce).

Koszyczek niewielki, jak ten, z którego wyrosłam. Serwetki dwie, dolna i górna (nie załączona na obrazku), obie bawełniane z jakimś skromnym haftem, obie odrobinę wystrzępione na brzegach, ale to nic, bo to są serwetki od Rokusia. A mam, mam takie wytworne gipiurowe, ale tak sobie myślę pod prąd, że to nie w serwetkach ani wstążkach tkwi piękno wielkanocnego święconego (sorry bardzo, ale święconka mi nie wchodzi, rozumiecie państwo!). Dlatego w skład naszego tegorocznego teamu koszyczkowego weszły następujące osobistości (od lewej, zgodnie z kukułką): chleb mieszany pytlowy, biała kiełbasa, czerwona rzodkiewka, żółty kurczaczek, dwa jajka z chowu klatkowego, oba z pieczątkami, jedno gładkie a drugie piegowate, biały baranek, ciasteczko amaretto, rurka z wanilią, porcelanowa biało-granatowo-złota na lwich nóżkach filiżanka z XIX wieku od Babci (spodeczek odpoczywa w kuchni) wypełniona pyszną fleur de sel przystrojoną listkami rozmarynu i gałązką ultrasłodkich winogron. Roślinność zielona w tym roku, przyznaję, nie popisała się, bo tylko barwinek; tęsknimy za żonkilem albo forsycją, które gościły w poprzednich latach. Ale cóż, nie można mieć, jak to mówią, wszystkiego; mamy za to vintage-filiżankę i piegowate-jajko. Śniadanie na trawie au service de la France!

Lewa do miseczki: idziemy karmić miałczący przychówek!

Kot multimedialny

Sunday, January 04th, 2009

Radość z posiadania kota nie kończy się na mówieniu do kota. Nawet jeśli ten kot to dwa koty. Nawet jeśli oba odpowiadają ci w kocim języku i wszyscy razem możecie sobie pomiałczeć w ramach wstępu do zabawy, jedzenia albo pieszczenia.

Weźmy taką sytuację: zamierzam zrobić sobie na kolację kaszę gryczaną z kefirem. Zaczynam od wybrania przypraw, z jakimi będzie się ta kasza gotować. W wyborze pomagają mi wyspecjalizowani doradcy: Tygrys, Ezra i Emcia.

Każdą przyprawę podaję najpierw Ezrowemu, który jest w kwestii zapachów niezwykle wybredny (odwrotnie niż w przypadku jedzenia). Ezra albo zapach akceptuje i przechodzi do konsumpcji, albo odrzuca, teatralnie przy tym pokazując ząbki a wąsy kładąc po sobie. Potem niucha Emcia, kotka łasa na wszelkie wonie, w które wczytuje się długo i dokładnie, intensywnie ruszając noskiem (jedzeniowo jest bardzo wybrednym drapieżnikiem). Nie zauważyłam przy tym, aby kiedykolwiek smakowały zapach przypraw organem Jacobsona. Wydaje mi się, że używają go do zapachów niesprecyzowanych i mniej intensywnych (przynajmniej dla ludzkiego nosa). Na końcu przyprawę testuje smakowo Tygrys, potem ja, i wymieniamy się spostrzeżeniami, a Tygrys sprawdza co ciekawszą przyprawę w Internecie, kiedy ja wrzucam ziółka na wrzątek.

Dziś degustowaliśmy kardamon, szafran i kolendrę. Ezra skrzywił się przy kardamonie, zjadł kilka pręcików szafranu i pobawił się chwilę kulkami kolendry. Emcia inhalowała kardamon, szafran i kulkę kolendry. Tygrysowi najbardziej smakował szafran, kardamon i kolendra na drugim miejscu ex aequo. Mnie smakował szafran i kardamon, kolendry nie próbowałam. Kasza wyszła z szafranem i ziołami prowansalskimi ;-)

Dowiedzieliśmy się, że szafran to pręciki krokusów, że nazwa tej przyprawy pochodzi od arabskiej nazwy koloru żółtego i że historia jej używania sięga 3 tysięcy lat. Wcześniej mieliśmy tylko jakieś tam blade pojęcie o szafranie jako drogiej przyprawie i barwniku, ale nie wiedzieliśmy, że rocznie produkuje się tylko 300 ton szafranu i że ten luksus świat zawdzięcza Iranowi. Dla porównania, pieprzu mamy co roku 300 000 ton, głównie z Wietnamu.

Paski za kratkami

Tuesday, December 16th, 2008

Powiesiłam zasłony ponad trzy godziny temu, ale dopiero przed godziną zauważyłam, że jedna jest w pasy, a druga w kratę. Najlepsze jest to, że znamy się z obiema jak łyse konie (a raczej ślepe kobyły). Jeszcze lepsze jest to, że tą rewelacją wzorystyczną zaskoczyłam esemesowo moją mamę, która je kupowała w naszym ulubionym lumpeksie.

Laurka należy się mojemu supłowi neuronowemu, który dawno temu zauważył różnicę, bo kiedy prosiłam przez telefon o przesłanie mi tych zasłon, nie byłam pewna ich wzoru. Obie są w pastelowych kolorach. Nie takich soczyście świeżych, ale przydymionych, ołowiowych. I na obu wzdłuż biegną grube pasy: złamanej bieli a może écru, spranego błękitu pruskiego i spłowiałego błękitu królewskiego, który właściwie mógłby udawać drugą młodość popielatego gołębia — przetykane cieniutkimi paskami oliwkowego khaki i zwiędniętej marchewki. Te szaro-niebiesko-białe tworzą motyw przewodni obu zasłon. Diabeł tkwi w szczegółach: dodatkowo druga z nich jest poprzecznie rzadko prążkowana paskami oliwkowymi, ale jeszcze cieńszymi niż te pionowe. Poza tym zasłony udają fakturę lnu i byłam przekonana, że to len aż do chwili, kiedy żelazko mi się przylepiło.

Everything, in fact, was something else.

Po świętach wrócę do jednolicie białych w jakieś hafty czy inne dziurki-kwiatki w połowie wysokości i znowu będę się trzeba cieszyć pomieszczeniem o czterech ścianach bez okna i piątej z oknem pojawiającym się za dnia.

A tymczasem home sweet home.

(A może to Emciucha pazurem zdarła kratkę, kiedy je prasowałyśmy?)