Archive for the Category 'Dla osób z mgr'

Photography—another drug.

Friday, March 05th, 2010

I’m watching Beyond Borders*.
I can’t watch it and yet I must.

I feel photography—I mean taking pictures, is another drug that keeps me away from real life. Keeps me away from my anxiety and fear. Some time ago I thought only images of people are worth to take. The kind of photography that is tough for me. I tried it many times and I always felt I’m such an arrogant child—wanting to take one’s particular state of mind with me. Then leaving the human being behind. I felt like a collector of butterflies (and I was one long time ago)—I have them all and they can’t escape! They are still—but thanks to my skills they look alive. Beautifully frozen in a perfect high quality wooden frame. Mine! I made this! I!

Real life is not a perfect frame.

The world is not the word ‘I’.

Hunting for a picture is an act of desperation: I try to make my life meaningful. Did you notice? MY life. How I got to this point—to this egocentric lie?

I fear that maybe even photojournalism and social documentary photography is a vanity production for the creator and a cheap thrill for the appreciator: “What a balance of lights and shadows! What an outstanding composition! Such a powerful story! Poor men!”. And then a burgher goes to his cosy apartment. At first he feels agitated. Then he’s content. What an interesting exhibition it was.

Yes—even photojournalism and social documentary photography—they are both hypocritical unless they force you to ACT against or for something. Not to EMULATE a photographer.

Camera is a wall. It’s a curtain. It’s a weapon for the weak.

Then what is real life? It’s people. Real ones—not their IMAGOS.

Did you know the words ‘touch’ and ‘love’ have the same parent?

*Is it really impossible to make a serious film on a serious problem and not serving it as another Gone With The Wind? Did it really have to be such a shitty easy-swallow? I bet those who liked the film for its love theme are not interested at all in the subject of war refugees and didn’t even notice anything but hugs and kisses until the ending credits. The idea of smuggling any serious problem in a love affair cookie is fake! Also, it’s a shame how naive I am: when I saw that vulture waiting for the child’s death—I thought it will be a strong film… I should have remembered the list of dauby tricks.

Flora pudełkowa 14 Pięć czerwonych

Monday, August 10th, 2009

Uwielbiam maki, bo ich płatki — choć kolorem krzykliwie wyróżnione wśród łanów trawy, chwastów albo zbóż — wymykają się opisowi dłoni tak dalece, że faktura powierzchni znika jak rysunek ze skrzydła motyla, zmysłowi dotyku nie dając szansy rozpoznania. Na skórze zaś pozostaje czerwony ślad małej zbrodni. Wydaje się, że gdyby nie kolor, mak byłby zauważalny tylko dzięki podmuchom wiatru — na pewo szeleściłby jak bibuła albo łopotałby jak żagiel. Łodyga makowa wiotka i giętka, a pod palcami prawie kłująca, rosochata — zdaje się stworzona z przeciwieństw. Zachwycający delikatnością kwiat wyrasta gdziekolwiek i wszystko jest mu obojętne. Niektórzy nazywają go rośliną ruderalną, bo chętnie rośnie tam, gdzie brzydko i brudno a człowiek niechętnie stawia stopę. Mak wydaje się dbać o swoje miejsce: samą tylko barwą, niby małe ognisko, tworzy ciepłą przestrzeń wokół siebie. Gdyby nie on — spojrzenie prześlizgiwałoby się po górach odpadów, żwiru i żelastwa, aby tylko nie dostrzec żadnych niemalowniczych ruin, żadnego braku, upadku ani śmierci krajobrazu. Gdybym miała piętnaście lat, pomyślałabym, że mak woła o pomoc dla takich miejsc, że chce, aby były widoczne, aby nie dało się o nich zapomnieć i przejść koło nich obojętnie. (Vanitas…) Ale nie mam piętnastu lat. Maki rosną na podłożach bogatych w azot, a więc na obfitości śmietnisk, gnojowisk i ścieków. Maki są intensywnie czerwone, aby w ultrafiolecie rzucać się w oczy owadom. Mam trzydzieści lat i wygląd maku służy mojej przyjemności.

Poniżej maki hodowlane, które na poczętku czerwca dostałam w prezencie w kwiaciarni. Żyły w wazonie jakieś pięć dni, co jest niezwykłe, bo miały zwiędnąć na drugi dzień. Trzymały się tak długo pewnie dlatego, że codziennie je podcinałam a wodę zmieniałam dwa razy dziennie. Piły mineralną. Piękne kwiaty, przepyszne i bujne. Wolę jednak maki polne. A na fotografii najbardziej lubię czarno-białe. Muszę się zastanowić, co to znaczy. Tutaj Państwu oszczędzę, dość grafomanii na dziś.

Procesowany jak zwykle raw, delikatne ostrzenie, do niektórych zdjęć dodana szczypta ziarna (noise), w kilku miejscach niewielki retusz. Zdjęcia zrobione 3 czerwca rano.

img_13197

img_13216

img_13217

img_13226

img_13227

img_13232

img_13233

img_13236

img_13239

Słupek:

img_13253

Pręciki i pyłek:

img_13254

img_13258

img_13273

No dobrze, zadość uczynię barwom (załóżmy, że kolory są naturalne):

img_13217k

Seler i jego żywy feler

Thursday, August 06th, 2009

Wszystko wskazuje na to, że Apium graveolens var. dulce właśnie kupiony przeze mnie w tesko jest jadalny, ba! nawet biologicznie żywy: znalazłam w nim żywą, tłustą, szarą, gąsięnnicę* z czarnym łbem (a mówią, że realizm to cecha narracji męskiej!) oraz żywą (część segmentowana jak najbardziej ruchoma, cóż to za widok) poczwarkę w wełnistym kokonie. Nie będzie jednak okazji aby sprawdzić, czy ta zwierzyna była po prostu tak odporna na chemię i promieniowanie, czy może jutro byłoby inne, jak z Kafki albo Godzilli, trudno powiedzieć, co gorsze.

No, idę szkiełkiem łowić niebieskie migdały.

– — –

7 sierpnia rano. Ezruś medytuje nad czymś niedaleko ukrytego w szafce kosza na śmiecie. Mamle i ciapta. Głodny kotek? Zaraz damy jeść misiątku. Podchodzę, patrzę, a na placu zabaw owa gąsiennica. Wzięłam ją przez papier i łup kapciem do ziemi, dwa razy, aż dom w posadach zadrżał. No, tym razem już z kosza nie wylezie. Sprawdzam — żyje!

Wnioski: boję się wyciągać wnioski. Boję się jeść seler. A gąsiennicę wyrzuciłam za okno. Może nie wróci.

Flip & Flap, twist and shout

Sunday, May 17th, 2009

1. Kociuś okazał się ziołożercą. Oprócz młodych traw lubi ogórki bez skórki, sałatę maślaną, liście kalafiora, mięty i pietruszki, kiełki pszenicy, lucerny, rzodkiewki, brokułów, słonecznika i fasoli mung. No i paprotkę o mięsistych pachnących liściach. Szarotka zieleniny nie jada, no bo co ona, przecież nie królik. Woli miód i sok świeżego pomidora albo pomarańczy (w ilościach homeopatycznych), a do tego kocie mleko — im więcej, tym lepiej.

2. Zdaliśmy egzaminy!

3. W piątek piętnastego po dwudziestej pierwszej ananke zagrała swoją pierwszą rolę komediową. Przydepnęła sobie za długie spodnie dresowe i spadła z krzesła odwłokiem na drewiany (buk!) brzeg łóżka. Na szczęście Kocura ani liścia paprotki z rąk nie wypuściła. Pan ortopeda, uważnie oglądając fotę rtg, nie stwierdził pęknięć kości ogonowej, ani — co najważniejsze — wyższych partii kręgosłupa, ale wiadomo, że kość ogonowa jest mała. Tak mała, że jej na rzeczonym zdjęciu nie ma. To, w rzeczy samej, szczegół.

4. Umiejętność obsługi młota pneumatycznego bez ochraniaczy na uszy od ósmej do czternastej bez przerwy może wynikać z jakichś zmian przystosowawczych organizmu do warunków pracy. Być może powstaje na naszych oczach nowa gałąź naczelnych.

5. Less Than One — dawno nie czytałam lepszych esejów.

6. Kuchnia Pięciu Przemian to niezwykły tuning ciała i umysłu.

Prawa do koszyczka

Saturday, April 11th, 2009

Tak, dziś obrazek z kopyrajtem! A co, czasem trzeba się pokazać! Obrazek jak prosto z kiosku ruchu, nieprawdaż?

Tak czy inaczej jestem dumna ze swojej tegorocznej twórczości wielkanocnej (szczególnie tej w lodówce).

Koszyczek niewielki, jak ten, z którego wyrosłam. Serwetki dwie, dolna i górna (nie załączona na obrazku), obie bawełniane z jakimś skromnym haftem, obie odrobinę wystrzępione na brzegach, ale to nic, bo to są serwetki od Rokusia. A mam, mam takie wytworne gipiurowe, ale tak sobie myślę pod prąd, że to nie w serwetkach ani wstążkach tkwi piękno wielkanocnego święconego (sorry bardzo, ale święconka mi nie wchodzi, rozumiecie państwo!). Dlatego w skład naszego tegorocznego teamu koszyczkowego weszły następujące osobistości (od lewej, zgodnie z kukułką): chleb mieszany pytlowy, biała kiełbasa, czerwona rzodkiewka, żółty kurczaczek, dwa jajka z chowu klatkowego, oba z pieczątkami, jedno gładkie a drugie piegowate, biały baranek, ciasteczko amaretto, rurka z wanilią, porcelanowa biało-granatowo-złota na lwich nóżkach filiżanka z XIX wieku od Babci (spodeczek odpoczywa w kuchni) wypełniona pyszną fleur de sel przystrojoną listkami rozmarynu i gałązką ultrasłodkich winogron. Roślinność zielona w tym roku, przyznaję, nie popisała się, bo tylko barwinek; tęsknimy za żonkilem albo forsycją, które gościły w poprzednich latach. Ale cóż, nie można mieć, jak to mówią, wszystkiego; mamy za to vintage-filiżankę i piegowate-jajko. Śniadanie na trawie au service de la France!

Lewa do miseczki: idziemy karmić miałczący przychówek!