Tuesday, 10 April 2018

Pyszczek mojej ukochanej

Pyszczek mojej cukrusowej chmurki wyraża jej różne stany emocjonalne (chciałabym napisać: myślowe, i nie dbam, co świat na to! Świat rozumie tylko to, co widzi. A widzi się — zauważa — tylko to, co ma się w sobie).

Jeśli żyjesz z kotem czy kotami, które kochasz i które starasz się poznawać (a poznajesz je przez całe ich życie, bo kot nie jest ustalony raz na zawsze, tylko zmienia się troszkę tak jak i Ty się zmieniasz; wszystkie doświadczenia kociego życia wpływają na koci charakter), to zauważasz odcienie kocich emocji nie tylko w kocim zachowaniu w ogólności, ale też w mimice pyszczka (oczy, wibrysy/”policzki”, uszy, i ich wzajemne położenie w różnych sytuacjach, kiedy kot reaguje na zachowanie innego kota, na twoje, albo na jakieś inne dzianie się w domu czy za drzwiami lub za oknem), w postawach ciała, układach ogona i w różnorodności miałków i innych odgłosów; oczywistością najlepiej ludziom znaną jest też ciastkowanie, mruczenie i syczenie (my to nazywamy chyczeniem, bo to lepiej naszym zdaniem opisuje ten dźwięk). Szczegóły kociego zachowania zauważasz zwłaszcza wtedy, gdy masz koty gadatliwe, kontaktowe, ciekawskie, nieznudzone, generalnie zdrowe (pamiętaj: jeśli niepokoi Cię lub dziwi zachowanie Twojego kota, najpierw idź z nim do lekarza, który zleci odpowiednie badania), dla których jesteś centrum świata i źródłem absolutnie wszystkiego. I generalnie jeśli masz czas na kontakt z kotami albo… Twoje życie kręci się wokół kotów. To ostatnie bywa uciążliwe, owszem, ale daje dużo radości i zabawnych akcentów: na przykład gdy mieszkasz z kotem albo znasz kota, który przychodzi Cię pocieszyć, gdy słyszy, że pociągasz nosem; który domaga się porannego rytuału “wspólnego picia kawy”, czyli Ty pijesz kawę i coś czytasz z kotem na kolanach; który domaga się ułożenia mu jego pieleszy w konkretnym miejscu tam gdzie zawsze — czyli musisz wreszcie posłać swoje łóżko i położyć na nim kocią matę grzejącą; który domaga się spacerku choćby po klatce schodowej i musisz wyjść, bo kocie zadowolenie bezpośrednio przekłada się na koci apetyt, o czym — nie przymierzając — na pewno wiedzą też ludzie mający “dzieci zamiast kotów”; albo który podczas zabawy nieustannie daje Ci do zrozumienia, że strasznie się cieszy z waszej wspólnej zabawy, i aż mruczy głośno, raz po raz spoglądając na Ciebie mrużąco i obijając się swoim łebkiem o Twoje dłonie, w których trzymasz zabawkę. Życie z kotem bywa źródłem zachwytów. Na pewno też — dla nas — jest zaszczytem.

Dlatego… kociego pyszczka nigdy dość! Na zdjęciach — kocia i jej ukochana ciocia ananka. Sekwencja “wydarzeń”.

“Ciocia ananka zrobiła nam te fotki zupełnie samodzielnie, na co jej zresztą pozwoliłam, bo widziałam, że jest skupiona na mnie i nie musiałam się malowniczo obrażać, takim dużym pudełkiem, co się go nie da rozgryźć i ma jakiś taki niewydarzony zapach, ale ten taki doczepiony sznurek pachnie ciocią ananką, więc całość wrogiem nie jest i warczeć nie trzeba.” (To mi panna futrzana przekazała na potrzeby niniejszego bloga.)

Kocia ma na myśli 5D z obiektywem 50 1.2L. Dodam, że fotki są z ręki, ostrość kwestią zaistniałego łutu szczęścia, czyli niewątpliwie wpływu mruczącej osoby; oświetlenie pokoju to 75W x2, rawy przepuściłam przez kąpiel lightroom’ową, przy czym nie są to presety, tylko wyczucie i błądzenie własne. Sesja “spontanicznie wymuszona” przez panienkę Domagam Się Teraz Uwagi Bo Już Mnie Chyba Nie Kochasz a Ja Cię Kocham Cały Czas i Oto Nadeszła Chwila Kiedy Ci o Tym Przypomnę: fotka powyżej — na której pytające spojrzenie bada Twoją duszę, czyta Twój nastrój i kocim “pazurkiem mentalnym” wykrawa w Twoim sercu delikatnie a z chirurgiczną precyzją tak słodko krwawiące pytanie: “Czy mnie jeszcze pamiętasz? TERAZ NATYCHMIAST?” — jest wstępem do podwójnego portretu:

Wszystkie zdjęcia z 17 listopada 2017.

Ostatnia aktualizacja: 11 kwietnia 2018.

Sunday, 30 October 2016

2016.10.30

Niedziela po południu, czyli nasz jesienny poranek. Kociuszek właśnie zjadł, ja dopiero zaczynam kawę. Jesteśmy w pokoju z balkonem: on podgrzewa śniadanko na swoim fotelu, na kocyku elektrycznym, a ja siedzę na kanapie. Mamy odsłonięte okno i widzimy ożywianą wiatrem siatkę ochronną. Jest ogromna, więc faluje niespiesznie, a jej bladożółty kolor przypomina powierzchnię morza, kiedy pora dnia sprzyja poluzowaniu migawek i obniżaniu ISO. Zawieszono ją tak, że gdyby być jak listek albo piórko, to można by prosto z balkonu zejść tam jak do wody.

Widzę kątem oka, że kociuszek uważnie się przygląda temu poruszeniu za oknem. Siedzimy tak sobie, ja z komputerem na kolanach, on z niebieskimi migdałami w puchatym lebku. Słyszę w pewnej chwili tęskne „łę!…”, patrzę więc w jego kierunku i już wiem, co ma na myśli. Szepczę do niego: „Tak, właśnie tak faluje morze, tylko w innych kolorach, i tak przyjemnie szumi, tak. Mhm… Bardzo, bardzo fajnie szumi ładne morze… I takie fale też są…”.

Kociuszek odwraca do mnie głowę i pyta: „Ła?” — w jego rosochatych brewkach widzę zdziwienie, a jego głos potwierdza wielkie zainteresowanie. Jakby czekał na opowieść o tym przedziwnym morzu.

Thursday, 19 May 2016

Kostka cukru do łóżka

Sugar cube in bed

May 18 2016, about 2:30PM

We’re testing ExpoDisc 2.0
As usual: 5D, EF 50 1.2L, from hand & window light.

(Should I add: a 12 sq meters room in an apartment building — a block of flats — with virtually no support for a photographer like me? I mean lazy to the point of shooting in these conditions with her tripod and a monopod stored on a bookcase! With an inflated exercise ball on top of them! But do you see yourself having a tripod standing always in your way, in the room with 3 bookcases, two beds, a chest of drawers, a desk and a chair, and 4 stools with books and other things on them? Oh, excuses. No, really, do you imagine yourself using a tripod or even a monopod in this room to take spontaneous pictures of your cats? Well, but you don’t know our cats: get that 1/3-pod and the moment is lost! yup, pretty much all is lost by then, you know? ;-)


 

 

 

 

 

Tuesday, 17 December 2013

Baby blanket z Kotem w worku

Mimo wszystkich minusów (a było ich sporo, choć dotyczyły tylko naszego mieszkania), jest tu świątecznie (KEN ozdobiony, sklepy i kafejki też) i ceny świąteczne (zdaję sobie sprawę z zaistniałej w tym miejscu pauperyzacji i laicyzacji jedynej słusznej tradycji językowej Polskich Świąt Bożego Narodzenia). Z paniami w sklepie tym z łóżkami i poduszkami (no, wiesz, nie pamiętam nazwy) pogadałam chwilę o ich kotach i o naszych i o tym, jak to psiary zmieniają się w kociary pod wpływem swoich futer (niezwykłych i wyjątkowych, jak wszystkie koty), o różnicach w kontakcie z psem a z kotem (na korzyść kota oczywiście), potem wymiana życzeń i obopólne zadowolenie handlowe. (Nie wspominałam już, aby nie burzyć tej świąteczniej zgody, że nasze kociuszki są wyjątkowe nawet jak na koty, bo nasze kociuszki są wypełnione truskaweczkami z bitą śmietaną i cukrem, między innymi dlatego są najsłodszymi kociuszkami w tej części galaktyki.)

Ach, bo kupiłam puchatkom Baby Blanket sztuk 2! ;)

Szłam sobie objuczona jak alpaka – wełna alpak jest lepsza od wełny owczej (nie mówiąc o oślej), więc szłam objuczona właśnie tak: rundka po lokalnych błyszcząco-pachnąo-gwarno-obszernych przyjemnościach konsumpcyjnych; nie udaję, że lubię tylko cepelię, pkp i społem – inhalując atmosferę Warsaw City Metropolia Kabacka VS Odludnie Cicho i Ciemno Ale Zielono i Ptaki Śpiewają Nocami Czyli Miasto Dwustupięćdziesięciotysięczne Czyż To Nie Imponująca Liczba Czytaj Koniec Świata Gdzie Spędziłam Ostatnie Półroku i Było Fajnie Do Opadnięcia Ostatniego Pachnącego Rudego Liścia a Potem nie Pamiętam Zapadłam w Sen Zimowy Martwotę Umysłu Drętwość Ciała Śmierć Pragnień, aż tu nagle uwiodła mnie cena 19,90 w Szybie Sklepu Do Którego Nigdy Nie Wchodzę Bo Drożyzna a Łóżko i Tak Mam Lep-siej-sze! i Materac Też i Stelaż Też i Nawet Pościel a Koce Kupuję w Tesko KEN Najlepszym Markecie Świata. Cena nęcąca taniością w dobie misiów z Kolekcji Wypchanej Słomą Dlatego Droższych Bo Ekowintydż Sustainable Recyclable User Fr…ee, kto to kupuje, na na potęgę posępnego czerepu! Smutek spowodowany perspektywą wyjazdu gdziekolwiek (nawet do Dubaju) z Warszawskiego Sezamu Wygody i Bliskości Wszystkiego zabił mi klina (a pisząc to mam bardziej na myśli “zabił”, niż znaczenie zwrotu “zabić klina”). Przypominając sobie radę pani Chomik o przeciwdziałaniu smutku przez robienie sobie drobnych przyjemności oraz ogólne zasady mindfulnesu, podjęłam decyzję w ułamku sekundy. Pewnie pożałuję. Ale klin klinem i tego zwyczaju się trzymam, więc pomyślałam, że uczynię zadość mojej osobistej tradycji kupowania misiów tam, gdzie mi fajnie, a skąd wyjeżdżam. (Mój pierwszy miś o bogatej historii zaginięć i porwań ma ze 35 lat, jest miniaturowy i ma łapkę przyszytą przeze-mnie-kilkuletnią, a drugi ma kilkanaście lat, nosi zieloną sukienkę oraz imię po franciszkaninie-in-spe Piotrze, mojej pierwszej wielkiej platonicznej miłości. I na tym koniec kolekcji. A franciszkanin Piotr ma dziś żonę i trzy córki, wygóglałam.)

Czas wracać z beniowskich perygrynacji (język mi się też rozwiązał, świątecznie, ale nie wiem: radość to, czy histeria). Zdecydowałam się wejść po tego pluszaka, a już w sklepie zobaczyłam coś jeszcze fajniejszego (i, no cóż, droższego): zwierzak wszyty w kocyk, o! to będzie misio-dla-mnie i kocyk-dla-kociuszków (wewnętrzny chochlik pisnął z wielkiej ekscytacji tym sprytnym pomysłem szalonym jak Weronika od Jarka Psikutasa). Te dwie pieczenie w ogniu jednych zakupów okazały się daniem z deserem: kocyk misiowy ma do kompletu kocyk niemisiowy, ale też milusi. Dwa kocyki! Dla naszych dwu kotów! Zrządzenie losu! W promocji (świątecznej oczywiście) nie 84 zł, tylko 40 :p BIORE!

I wzięłam:

20131217-221223.jpg

Co mi przypomniało futrzanego hultaja z lipca 2012:

20131217-221311.jpg