Sunday, 30 October 2016

2016.10.30

Niedziela po południu, czyli nasz jesienny poranek. Kociuszek właśnie zjadł, ja dopiero zaczynam kawę. Jesteśmy w pokoju z balkonem: on podgrzewa śniadanko na swoim fotelu, na kocyku elektrycznym, a ja siedzę na kanapie. Mamy odsłonięte okno i widzimy ożywianą wiatrem siatkę ochronną. Jest ogromna, więc faluje niespiesznie, a jej bladożółty kolor przypomina powierzchnię morza, kiedy pora dnia sprzyja poluzowaniu migawek i obniżaniu ISO. Zawieszono ją tak, że gdyby być jak listek albo piórko, to można by prosto z balkonu zejść tam jak do wody.

Widzę kątem oka, że kociuszek uważnie się przygląda temu poruszeniu za oknem. Siedzimy tak sobie, ja z komputerem na kolanach, on z niebieskimi migdałami w puchatym lebku. Słyszę w pewnej chwili tęskne „łę!…”, patrzę więc w jego kierunku i już wiem, co ma na myśli. Szepczę do niego: „Tak, właśnie tak faluje morze, tylko w innych kolorach, i tak przyjemnie szumi, tak. Mhm… Bardzo, bardzo fajnie szumi ładne morze… I takie fale też są…”.

Kociuszek odwraca do mnie głowę i pyta: „Ła?” — w jego rosochatych brewkach widzę zdziwienie, a jego głos potwierdza wielkie zainteresowanie. Jakby czekał na opowieść o tym przedziwnym morzu.

Thursday, 19 May 2016

Tuesday, 17 December 2013

Baby blanket z Kotem w worku

Mimo wszystkich minusów (a było ich sporo, choć dotyczyły tylko naszego mieszkania), jest tu świątecznie (KEN ozdobiony, sklepy i kafejki też) i ceny świąteczne (zdaję sobie sprawę z zaistniałej w tym miejscu pauperyzacji i laicyzacji jedynej słusznej tradycji językowej Polskich Świąt Bożego Narodzenia). Z paniami w sklepie tym z łóżkami i poduszkami (no, wiesz, nie pamiętam nazwy) pogadałam chwilę o ich kotach i o naszych i o tym, jak to psiary zmieniają się w kociary pod wpływem swoich futer (niezwykłych i wyjątkowych, jak wszystkie koty), o różnicach w kontakcie z psem a z kotem (na korzyść kota oczywiście), potem wymiana życzeń i obopólne zadowolenie handlowe. (Nie wspominałam już, aby nie burzyć tej świąteczniej zgody, że nasze kociuszki są wyjątkowe nawet jak na koty, bo nasze kociuszki są wypełnione truskaweczkami z bitą śmietaną i cukrem, między innymi dlatego są najsłodszymi kociuszkami w tej części galaktyki.)

Ach, bo kupiłam puchatkom Baby Blanket sztuk 2! ;)

Szłam sobie objuczona jak alpaka – wełna alpak jest lepsza od wełny owczej (nie mówiąc o oślej), więc szłam objuczona właśnie tak: rundka po lokalnych błyszcząco-pachnąo-gwarno-obszernych przyjemnościach konsumpcyjnych; nie udaję, że lubię tylko cepelię, pkp i społem – inhalując atmosferę Warsaw City Metropolia Kabacka VS Odludnie Cicho i Ciemno Ale Zielono i Ptaki Śpiewają Nocami Czyli Miasto Dwustupięćdziesięciotysięczne Czyż To Nie Imponująca Liczba Czytaj Koniec Świata Gdzie Spędziłam Ostatnie Półroku i Było Fajnie Do Opadnięcia Ostatniego Pachnącego Rudego Liścia a Potem nie Pamiętam Zapadłam w Sen Zimowy Martwotę Umysłu Drętwość Ciała Śmierć Pragnień, aż tu nagle uwiodła mnie cena 19,90 w Szybie Sklepu Do Którego Nigdy Nie Wchodzę Bo Drożyzna a Łóżko i Tak Mam Lep-siej-sze! i Materac Też i Stelaż Też i Nawet Pościel a Koce Kupuję w Tesko KEN Najlepszym Markecie Świata. Cena nęcąca taniością w dobie misiów z Kolekcji Wypchanej Słomą Dlatego Droższych Bo Ekowintydż Sustainable Recyclable User Fr…ee, kto to kupuje, na na potęgę posępnego czerepu! Smutek spowodowany perspektywą wyjazdu gdziekolwiek (nawet do Dubaju) z Warszawskiego Sezamu Wygody i Bliskości Wszystkiego zabił mi klina (a pisząc to mam bardziej na myśli “zabił”, niż znaczenie zwrotu “zabić klina”). Przypominając sobie radę pani Chomik o przeciwdziałaniu smutku przez robienie sobie drobnych przyjemności oraz ogólne zasady mindfulnesu, podjęłam decyzję w ułamku sekundy. Pewnie pożałuję. Ale klin klinem i tego zwyczaju się trzymam, więc pomyślałam, że uczynię zadość mojej osobistej tradycji kupowania misiów tam, gdzie mi fajnie, a skąd wyjeżdżam. (Mój pierwszy miś o bogatej historii zaginięć i porwań ma ze 35 lat, jest miniaturowy i ma łapkę przyszytą przeze-mnie-kilkuletnią, a drugi ma kilkanaście lat, nosi zieloną sukienkę oraz imię po franciszkaninie-in-spe Piotrze, mojej pierwszej wielkiej platonicznej miłości. I na tym koniec kolekcji. A franciszkanin Piotr ma dziś żonę i trzy córki, wygóglałam.)

Czas wracać z beniowskich perygrynacji (język mi się też rozwiązał, świątecznie, ale nie wiem: radość to, czy histeria). Zdecydowałam się wejść po tego pluszaka, a już w sklepie zobaczyłam coś jeszcze fajniejszego (i, no cóż, droższego): zwierzak wszyty w kocyk, o! to będzie misio-dla-mnie i kocyk-dla-kociuszków (wewnętrzny chochlik pisnął z wielkiej ekscytacji tym sprytnym pomysłem szalonym jak Weronika od Jarka Psikutasa). Te dwie pieczenie w ogniu jednych zakupów okazały się daniem z deserem: kocyk misiowy ma do kompletu kocyk niemisiowy, ale też milusi. Dwa kocyki! Dla naszych dwu kotów! Zrządzenie losu! W promocji (świątecznej oczywiście) nie 84 zł, tylko 40 :p BIORE!

I wzięłam:

20131217-221223.jpg

Co mi przypomniało futrzanego hultaja z lipca 2012:

20131217-221311.jpg