Ciut-tu a ciut-tam

Minimalizm się do mnie przyczepił. Robię coraz mniej zdjęć i zapewne będę wrzucać mniej. Odetchnę z ulgą, nie musząc spędzać kilku albo nawet kilkunastu dni (czy mam sobie wypisywać zwolnienia?) nad wybieraniem i edycją tego, co się tu da pokazać.

Wczorajszy krótki spacer nad Wisłę po wyjściu z BUWu: mosty Śląsko-Dąbrowski i Świętokrzyski, wczesny wieczór. Niezwykłe, perfekcyjnie bezszumowe ISO 50. Stałam się gorącym wyznawcą mojego aparatu. Kolory że ojesu, aż się ich boję. Mój ulubiony picture style faithful leciutko dokalibrowany przy edycji rawu, a wygląda raczej nieziemsko, żeby nie powiedzieć nienaturalnie; no ale zachód słońca mogę sobie tak pozwolić. A jaki czujniczek balansu bieli ma ta maszyna! Ustawiłam auto — myślę: a niech, zobaczymy, co potrafisz. A on, proszę ja was, ma takiego nosa, że nic nie trzeba wiedzieć ani umieć, żeby cykać obrazki z życia wzięte. Normalnie Że Szok! Do tego aparatu można przeczytać instrukcję. I to wystarczy. (Po co ja tyle książek wchłonęłam, marnując czas przeznaczony na studia? Wiedzy ci nikt nie odbierze, moje dziecko! :)) Aha, widoczki cykane przez szarą połówkę.

Dziś wpół do dwunastej przydybałam Kocię na przymierzaniu torby. Ma bestyjka gust, wie co jej do ślepiów pasuje :) 5d jest jednak nieporównywalny z 350 (a czy były jakieś wątpliwości?!). W naszej norze, gdzie panuje niemal wieczna noc polarna, trzystapięćdziesiątce musiałam wrzucać w podobnej sytuacji co najmniej 400. A tu proszę: ISO 250 (następnym razem spróbuję 100). No po prostu ten aparat przeraża swoją cudownością (zastanawiam się nad mniej egzaltowanym określeniem, ale nic nie wymyślę w tym stanie permanentnego zachwytu). I napiszę to jeszcze z tysiąc razy ;P No dobrze. Oto jesienna kolekcja Converse od Emmy:

Kolacja. Dwie słodkie bułeczki z cielęcinką, dwie śliczne puchate brzoskwinki, bieluch przyprawiony odrobiną białego pieprzu i rozmarynu. Chciałoby się pożreć z kosteczkami! (Zdrobniątka rzondzom).

Leave a Reply