Jest giczo i rossoli

Dziś, szanowni państwo, miało miejsce rzadkie i świąteczne wydarzenie pod tytułem ananke gotuje. A tak, ananke gotować umie, ale nie lubi, więc nie gotuje. Jak to możliwe? A no, ananke, jak ta małpka, potrafi odtworzyć każdy przepis, ale własnej wyobraźni ani chęci kulinarnego kombinowania w wyposażeniu nie posiada. Nie ma co narzekać, dobre i to. Dziś więc ananke odtworzyła przepis na rosół (bardzo skomplikowana potrawa) w postaci gicz wołowa, kurze nogi, skrzydła indycze. Do tego mnóstwo przypraw i roślinności. Wody tak z siedem litrów. Kocioł jedyny w swoim rodzaju. Pyrkotało na malusim ogieńku, a, z pięć godzin. Oczywiście przed wrzuceniem wszystkiego do jednego kotła w określonej kolejności i odstępach czasu, wiedźmananke odprawiła nad szczątkami braci mniejszych tradycyjne prywatne nabożeństwo dziękczynne połączone z masażem podwodnym (przemawianie do mięsa pozwala zapomnieć o konieczności kontaku dotykowego z nieszczęsnym pokarmem), zakończone czterdziestoma minutami dydolenia giczy tępym nożem (nie jest broń borze wyraz ukrytego sadyzmu, żadne zwierzę nie ucierpiało podczas tej czyności, ananke po prostu ma tylko tępe noże, ponieważ wszystkich używa do otwierania puszek), aby ok nie było za wiele.

Stwierdzananke, że najfajniej gotować zupy: wrzuca się, co pod ręką, macha się od czasu do czasu wiedźmińską łychą wte i wewte, odprawiając czary-mary, i samo się z kocią pomocą pilnuje, a w tle można wchłaniać lekturę, pożerać krosanty z malinkami, podpierając się niespiesznie mrocznym krzewem herbacianym z ociupinką słodkiej trzciny.

Ale dlaczego ja to wszystko piszę? No, żeby pamiętać, że w czwartki po południu jest sympatyczna pani w samie na mięsie. Dziś rozmawiałyśmy o zupach i różnicy między szpondrem a giczą.