Kot tyje
Ostatnio mam nawał pracy. Raz byłam aktorem a raz świadkiem.
Scenka pierwsza. Poszłam do weterynarza po ulubiony królewski pokarm dla naszych błękitnych chmurek, pufff. Lecznica jest urządzona tak niezwykle luksusowo i aseptycznie, z klimą i cała w bieli, z akwarium i miskami wody dla spragnionych wędrowców, że od razu każde boże stworzenie czuje się tam posiadaczem nie tylko rodowodu, ale i herbu a nawet orderu podwiązki. Zwykle trafiam na przemiłą, kontaktową i kompetentną młodą ładną panią (cieszy mnie, że pięć saszetek i dwa opakowania po czterysta gramów starczą nam tylko na dziesięć dni). Tym razem jednak dane mi było poznać pana, którego przymiotów, zapewne licznych, nie jestem jednak w stanie wymienić, być może z powodu własnego nieuctwa. Naszło mnie tak jakoś, żeby wypytać, o co właściwie chodzi z tyciem po kastracji w kontekście niezwykłego apetytu mojego kota. Zaznaczyłam: apetytu, który w tej samej postaci towarzyszył mu od wczesnego kocięctwa. Chciałam się dowiedzieć, czy mój kot musi utyć i czy powinnam mu wydzielać jedzenie, aby temu zapobiec. (Czytałam w wielu miejscach, że kot powinien mieć stały dostęp do suchych bubelków, bo tylko wtedy sam sobie racjonuje pokarm, zamiast najadać się na zapas; tak właśnie nasze kociaki miały od początku, także dzięki poradom naszej hodowczyni). Ciekawa byłam, co też pan weterynarz na to, że największe ryzyko utycia utrzymuje się do dwóch miesięcy po operacji, kiedy to organizm jest jeszcze w trakcie przestawiania metabolizmu na wolniejszy. Pan weterynarz zdziwił się niepomiernie, gdzie też takie rzeczy usłyszałam. Dyplomatycznie odpowiedziałam, że gdzieś chyba przeczytałam; nieładnie wszak byłoby z mojej strony uświadamiać kogokolwiek, że informacja ta jak byk stoi w książeczkach Królewskiej Psiej, od której pokarmu i ulotek rzeczona lecznica aż trzeszczy w szwach (jeśli o mnie chodzi, to może nawet pęc! i wysypać torebki na ulicę, pozbieram). Najwyraźniej kastracja to drażliwy temat, bo jedyną informacją, powtórzoną mi w dodatku kilkakrotnie z rzędu w odpowiedzi na kilka pytań, które formułowałam za każdym razem inaczej (z płonną, jak się okazało, nadzieją), było to, że kot po kastracji tyje. Najczęściej jeszcze z dodatkiem partykuły twierdzącej, ojesu, Tak — kot po kastracji tyje. Zastanawia mnie, jakie doświadczenia wynoszą z tej lecznicy zwierzaki. Z drugiej strony, żaden lekarz nie ma obowiązków komunikacyjnych jak jakiś doktor Dolittle. Lekarz posiada obowiązek leczyć i sprzedawać. Dopóki więc nasze misiątka będą zdrowe, to zamierzam dalej wydawać tam wszystkie oszczędności z mojej świnki.
Scenka druga. Matka Polka rocznik epoki wczesnego Gierka. Prawica toczy spacerówkę solidną jak meblościanka dębopodobna z gałkami PCW krytymi hartowanym żelazem, lewica hołubi dziecko na oko roczne-coś. Słyszę, że przychówek marudzi. Uważam, że to normalna rzecz w tym wieku czasem sobie pomarudzić, ale wiedziona instynktem iście inkwizytorskim zwalniam kroku na mojej drodze ku altance śmietnikowej. “No co się dzieje, no i czego ty chcesz, no co jest, źle?” — wypowiedziane tonem głodnego i chłodnego studwudziestokilowego (wszelkie pomyłki są niezamierzone, ale mam tylko analogową wagę, która ostatnio wskazuje więcej, niż bym chciała) późnego macierzyństwa o twarzy nalanej, oczach może i dobrych, czułych, współczujących i rozumnych, lecz przezornie ukrytych za inteligentnymi oprawkami marki Praha, posturze solidnego dzielnicowego i stylu wyzwolonej gospodyni z targu rybnego, która rok temu miała się zapisać na TBC, ale wyszła za mąż. Dziecko nie miało wyjścia, jak tylko posłusznie zaprzeczyć. A ja, nagle czując w kieszeni wartki gorąc głębokiego cięcia, jakbym tam miała nie ostrze, ale żądło USS Hornet z kwietnia 1942, przyspieszyłam kroku, by czym prędzej zająć się uprawą własnego ogródka i uniknąć represji za nieprawomyślność poglądów na wychowanie. Odwagi brak.
Dzieci nie rosną. Ale kot nie tyje.
8 września 2008
Dziś poznałam drugą — rozmowną, pomocną i sympatyczną stronę osobowości Pana Doktora. I kotkę Maszę, która łączy* w sobie rozmowność Emci z przymilnym tarzankowaniem Ezrunia. Serdeczne pozdrowienia!
Qpamięci: nie tylko Ty, ananke, masz gorsze dni.
* À propos kotatki z 7 września.
