Wesolutko nam, hej!
Od pewnego czasu mam powtórkę z liceum i studiów. I jakby tego było mało — z przedszkola. Jak widać na załączonym obrazku, przedszkolanek jest aż pięć. Na tylko czternaścioro maluchów. (W mojej grupie, co prawda sześciolatków, dzieci na oko ciut starszych niż te poniżej, była jedna wychowawczyni, czasem przychodziła druga. Tak było w całym przedszkolu i zerówce. Dzieci z każdej grupy było ze trzydzieścioro: typowa klasa z tamtych lat, to samo w szkole.) Prawie każdego dnia mam okazję słuchać zakazów i nawoływań oraz typowego dla współczesnych (nie)dorosłych z syndromem niedowładzy protekcjonalnego “Zuzanno, proszę wrócić!”. Czasem przyglądam się tym rozbrykanym dzieciom i kiedy porównuję nasze-moje hulanki przedszkolne, widzę że te współczesne dzieci wcale nie są rozbrykane! I częściej płaczą, nawet wpadają w histerię albo po prostu drą się wniebogłosy, gdy coś nie idzie po ich myśli. Brakuje obecności ojców na tej lekcji. Ojców: nie tatusiów, kumpli albo wujków, ale zrównoważonych i dojrzałych do tej roli mężczyzn. Mężczyzn umiejących dać dziecku poczucie wolności w określonych ramach stosownych do jego wieku i rozwinięcia. Bo płacz jest zawsze oznaką zagubienia. A żadnego zagubienia nie uleczy się przytulankiem i ciasteczkiem. Zbieranina pięciu kobiet nie zastąpi jednego ojca, choćby ze skóry wyszły wszystkie feministki. Z całym szacunkiem dla tych, które podziwiam.
Współczuję temu pokoleniu.
Ale czy to pierwsze takie?

