Pełnowartościowa
Im więcej mięsa jem, tym bardziej staje się dla mnie jasne, że jestem wegetarianką. Chce mi się wymiotować, próbuję przełknąć grudę, żuć spokojnie, skupiam się na połknięciu w nadziei, że to już ostatni kęs, ale nie, więc zamykam usta i nie chcę więcej, ale mięso gwałci je, rozpycha gardło i wdziera się do żołądka, “mięso to konieczność, moja droga, takie jest prawo natury”, potem rozsiada się w jelitach, a mój brzuch staje się coraz większy i zmieniam się w coś innego, napełniam się czymś wstrętnym i czuję obrzydzenie do tego guza, który staje się mną, zaczyna mnie przerastać i wchłaniać, jakby gromadził zapas siebie we mnie. Mam być mięsista i strawna, konkretnie krwista, chrząstkowana, żylasta, tłustoskóra, do wyboru, wyborowa, wyśmienita, luksusowa, niezła sztuka, cielęcinka do wzięcia, brania, lizania i konsumowania, wypluwania i ponownego wykorzystania.
