Prawa do koszyczka
Tak, dziś obrazek z kopyrajtem! A co, czasem trzeba się pokazać! Obrazek jak prosto z kiosku ruchu, nieprawdaż?
Tak czy inaczej jestem dumna ze swojej tegorocznej twórczości wielkanocnej (szczególnie tej w lodówce).
Koszyczek niewielki, jak ten, z którego wyrosłam. Serwetki dwie, dolna i górna (nie załączona na obrazku), obie bawełniane z jakimś skromnym haftem, obie odrobinę wystrzępione na brzegach, ale to nic, bo to są serwetki od Rokusia. A mam, mam takie wytworne gipiurowe, ale tak sobie myślę pod prąd, że to nie w serwetkach ani wstążkach tkwi piękno wielkanocnego święconego (sorry bardzo, ale święconka mi nie wchodzi, rozumiecie państwo!). Dlatego w skład naszego tegorocznego teamu koszyczkowego weszły następujące osobistości (od lewej, zgodnie z kukułką): chleb mieszany pytlowy, biała kiełbasa, czerwona rzodkiewka, żółty kurczaczek, dwa jajka z chowu klatkowego, oba z pieczątkami, jedno gładkie a drugie piegowate, biały baranek, ciasteczko amaretto, rurka z wanilią, porcelanowa biało-granatowo-złota na lwich nóżkach filiżanka z XIX wieku od Babci (spodeczek odpoczywa w kuchni) wypełniona pyszną fleur de sel przystrojoną listkami rozmarynu i gałązką ultrasłodkich winogron. Roślinność zielona w tym roku, przyznaję, nie popisała się, bo tylko barwinek; tęsknimy za żonkilem albo forsycją, które gościły w poprzednich latach. Ale cóż, nie można mieć, jak to mówią, wszystkiego; mamy za to vintage-filiżankę i piegowate-jajko. Śniadanie na trawie au service de la France!
Lewa do miseczki: idziemy karmić miałczący przychówek!

