Paski za kratkami
Powiesiłam zasłony ponad trzy godziny temu, ale dopiero przed godziną zauważyłam, że jedna jest w pasy, a druga w kratę. Najlepsze jest to, że znamy się z obiema jak łyse konie (a raczej ślepe kobyły). Jeszcze lepsze jest to, że tą rewelacją wzorystyczną zaskoczyłam esemesowo moją mamę, która je kupowała w naszym ulubionym lumpeksie.
Laurka należy się mojemu supłowi neuronowemu, który dawno temu zauważył różnicę, bo kiedy prosiłam przez telefon o przesłanie mi tych zasłon, nie byłam pewna ich wzoru. Obie są w pastelowych kolorach. Nie takich soczyście świeżych, ale przydymionych, ołowiowych. I na obu wzdłuż biegną grube pasy: złamanej bieli a może écru, spranego błękitu pruskiego i spłowiałego błękitu królewskiego, który właściwie mógłby udawać drugą młodość popielatego gołębia — przetykane cieniutkimi paskami oliwkowego khaki i zwiędniętej marchewki. Te szaro-niebiesko-białe tworzą motyw przewodni obu zasłon. Diabeł tkwi w szczegółach: dodatkowo druga z nich jest poprzecznie rzadko prążkowana paskami oliwkowymi, ale jeszcze cieńszymi niż te pionowe. Poza tym zasłony udają fakturę lnu i byłam przekonana, że to len aż do chwili, kiedy żelazko mi się przylepiło.
Everything, in fact, was something else.
Po świętach wrócę do jednolicie białych w jakieś hafty czy inne dziurki-kwiatki w połowie wysokości i znowu będę się trzeba cieszyć pomieszczeniem o czterech ścianach bez okna i piątej z oknem pojawiającym się za dnia.
A tymczasem home sweet home.
(A może to Emciucha pazurem zdarła kratkę, kiedy je prasowałyśmy?)
