Jak u pana Boga za piecem
Ameryka Północna, okolice Wielkich Jezior, 1000 ha, gospodarstwo jako hobby z elementami ciężkiej pracy, gdzieś tu i tam dzikie zwierzęta, całość ogrodzona inteligentnymi pułapkami na kłusowników (rozpoznanie zamiarów DNA, laserowa gilotyna na podczerwień). Trzy hektary na bibliotekę i tyle samo na oranżerię. Własne łóżko we własnej celi zamykanej na klucz. Kompletny posiłek w postaci tabletki raz dziennie; tradycyjne jedzenie jako niewymagana przyjemność. Biblioteka pod ziemią. Tropikalna oranżeria pod niebem. Na jej terenie miniobszar high tech ekohigieny. (Zmywanie z siebie pyłu ziemi i robienie kupy na boskim terenie jako symbol postponowoczesnej anihilacji różnic). Cela połączona z biblioteką wilgotnymi sieciami zamszonych ciemnych korytarzy i schodów, pochodnie zapalają się i gasną, towarzysząc krokom. Z celi do oranżerii przenosi mnie winda ze szkła i stali, bezszelestnie sunąca ku niebu.
Internet w miasteczku oddalonym o 100 km.
Tak pewnie mieszkała Ewa z Adamem, zanim się rozeszli do swoich kurników z łączem w wyposażeniu.
