Przeglądarka pałacowa
24 sierpnia było zimno i nieźle wiało, a srający dinozaur (gołąb, fe), zamieszkujący górne rejony kultury i nauki, strącił mi na głowę ziarno, przez co o mały włos obraziłabym się i gdyby nie Tygrys — niczego bym nie zobaczyła a wycieczka w wyższe sfery byłaby moją pierwszą i ostatnią.
Lubię widok z góry. Najlepiej sponad chmur. Lubiłam zamek w Janowie z baszty w Kazimierzu, Pięć Stawów ze Świstówki i Czechów z dachu nad dziesiątym piętrem. Później okazało się, że lubię Londyn z Monumentu, a ostatnio Warszawę z PeKiNu. Spodobał mi się widok na chaotyczną zabudowę tego miasta: biurowce nagle wyłaniające się z lasu, z ruin, albo wprost spod betonu ulicy jak Godzilla ze spokojnej tafli horyzontu; budynki napierające na siebie jak zapaśnicy sumo; wieżyczki z kolekcji wszystko za trzy grosze tu i trzy grosze tam; papierosy kominów w zębach blokowisk; małe domki schowane jak słoniątka wśród kolumn czułych matek i ciotek; prawy brzeg talerza z grochem i kapustą przecięty srebrną Wisłą, połączony łyżeczkami mostów z lewym brzegiem keksu z bitą śmietaną, lukrem i posypką i… ten koktajl stylów, które usiłując się wzajemnie pozasłaniać, ukazują się to z najlepszej, to z najsłabszej strony. Jestem ortodoksyjną wyznawczynią niedokończenia, niepoprawności i niedopasowania.

























