Papierowy pudelek w papierowym pudełku

Mam słabość do papieru. To znaczy mam słabość do książkowej wersji książek, do papierowych notesów, zeszytów, bloków, kartek. Może dlatego, że wychowałam się wśród kilku tysięcy książek i uwielbiałam, co nawet pamiętam, kiedy ojciec nosił mnie od półki do półki, pokazując mi książki, papier, kolory, litery i alfabety kilkudziesięciu języków. Naukowe, popularnonaukowe i beletrystyka, książki i periodyki, stare i nowe, chemia, fizyka, historia i literatura, encyklopedie, słowniki w rodzaju rosyjsko-fińskiego, niemiecko-afrikaans, angielsko-japońskiego. Wtedy w Polsce szczytem poliglotii był polsko-francuski albo niemiecko-rosyjski. Biblię miał dziadzio, tatuś miał “Cztery Ewangelie” BiZTB, które teraz są ze mną. Oficjalnie tatuś był niewierzący. Tam gdzieś została wersja Jakuba Wujka. Każdy ma swoją wersję. Kilka półek zajmował “Słownik języka polskiego”, tu i tam powtykane historie państw i kultur, był też prawie cały regał z historiami literatur świata, nie po polsku, takie niewielkie książki w twardej oprawie z obwolutą w zdjęcia twórców, albo słownik języka greckiego czy coś, chyba format A4, chyba jakaś czerwono-czarna obwoluta. Pamiętam też mnóstwo innych i wszystkie kochałam za ich tajemnice, do niektórych wspinałam się po oparciu fotela i to były te najciekawsze wycieczki. Książki mówiły różnymi językami, z których dwa były wspólne i dla mnie, i dla nich: zdjęcia i rysunki oraz daty. Była też zapomniana półka z czasopismami jakiegoś towarzystwa ufologów. Każdy szanujący się naukowiec dobrze wie, że prawda jest Tam. Dla mnie była na papierze. Tylko taka była prawdziwa i można było jej ufać. A najlepszą zabawką zawsze był papier, nożyczki, klej i kredki, papeteria, znaczki, pieczątki, tekturki… To był jedyny sposób, który sprawiał, że na długo znikałam dla świata. Nie wiem, czy to wychowawcze, ale na pewno skuteczne i rozwijające zapewne też. Robiłam książeczki tak jak tatuś. Adresowałam jego listy, naklejałam znaczki, stawiałam pieczątki z adresem zwrotnym na odwrocie. Razem zanurzaliśmy w wodzie wycięte fragmenty kopert z dalekich stron, a po kilku godzinach na powierzchni pływała Marlena z Berlina, Elżbieta z Londynu, Lenin w jakimś związku, tukany i małpy, niedźwiedzie polarne i mrówki, motyle i samochody, owoce i kwiaty, budowle, teleskopy, stacje badawcze, kawałki kosmosu i inne światy. Układałam te znaczki, znaki i znaczuszki w działy: zwierzęta i rośliny, stemplowane i świeże, pojedyncze i serie. Miałam swoje królewskie stanowisko pracy: wielki rzeźbiony stół z ciemnego drewna, trochę popękany i nadszarpnięty, ale blat przykrywała miękka serweta. Stół miał dość powierzchni, aby pomieścić nie tylko dziecięce przybory i książki, ale miniaturowe budowle starożytnych kultur Ameryki, naszyjniki z paciorków i muszelek, ozdoby na ścianę, pamiątkowe łyżeczki z godłami, breloczki, muszelki, kawałki rafy koralowej i inne niezwykłe skarby z Acapulco, Colorado czy Afryki. Dyplomy i puchary, mniej lub bardziej regionalne nagrody literackie. Znaczki i monety z dziwnych krajów. Najbardziej lubiłam tę, która wyglądała jak globus i mogła być jednocześnie wisiorkiem. (A może to nie była moneta? Ale była w klaserze z monetami.) I historie mniejsze i większe, mentalne pocztówki w rodzaju błękitnego nieba nad Kalifornią albo grzechotnika, który jeszcze krok do tyłu, a zostałby nadepnięty, albo domów Islandii, których nie trzeba zamykać i gejzerów, w których można się kąpać w środku zimy, albo pięknej Italii, w której jednak nie da się mieszkać przez te wszystkie owady ciepłego klimatu i powszechność karaluchów nawet w restauracjach. Zdjęcia przyszłych rodziców z Carnac. Slajdy małej kociubinki w pięknych becikach i ciuszkach z Luksemburga i Belgii. Zdjęcia przystojnego tatusia i pięknej mamusi. Piękne ubrania i buty w mamusinej szafie, te same, w których jest na zdjęciach, kiedy była młoda i nieznajomi mężczyźni zaczepiali ją na ulicy albo na plaży z pytaniem Czy mogę zrobić sobie z panią zdjęcie? a potem pewnie chwalili się kolegom randką z taką niezwykłą dziewczyną. Czy znam te wszystkie opowieści i jeszcze więcej, i jeszcze inne, na które nie mam teraz miejsca ani czasu; ten miliard powodów do dumy — aby mi było lepiej, czy gorzej? Mam wspaniałych przodków i jeszcze lepszych rodziców (podobne mity tworzy się razem z pierwszym własnym mieszkaniem i pierwszym dzieckiem, spełniają zadanie rodowodu i służą potwierdzeniu wartości, która ma podbić cenę — Musisz się cenić, kochanie.). No dobrze, a co mnie określa? Tylko to, co sama osiągnęłam. A co osiągnęłam? Czy jest coś, co mogłabym zrobić a co przebiłoby ich osiągnięcia? Nic. Poza dobrym małżeństwem i szczęśliwą rodziną. Tyle że z doświadczenia pokoleń każdy Jasiu już w szkole wie, że takie rzeczy są niemożliwe. I w końcu goście przywożący nowe historie i kawałki innej rzeczywistości, na przykład krzyż Thora (o ten) od poety, który miał chyba ze dwa matry wzrostu i był bardzo chudy, a kiedy siedział na naszej maleńkiej kanapce, jego kolana obejmowały nasz pokój gościnny wzdłuż. Albo Holender, który miał mnie popilnować przez godzinę i, z braku wspólnego języka, naśladował śpiewy ptaków, żeby się dziecko nie nudziło. Pamiętam go jak przez mgłę. Przypominał chyba Świętego Mikołaja. A przy stole ciężki tron z miękkim siedzeniem, taki sam, jaki ma dziadzio u siebie na dole. W drugim końcu pokoju tatuś przy komputerze z chyba 1 MB pamięci (ale jakiej? nie pamiętam), dosem i chwriterem, obok drukarka igłowa, której pracę słychać było w całym domu, lata 80. Opowieści o superkomputerach, za szafą Narnii na poły zapomniane maszyny, na przykład, to chyba była ta żółta, z czcionkami gruzińskimi, które zamawialiśmy u jakiegoś mistrza fachu. Potem, już na komputerze, własnoręcznie robiony alfabet, na przykład perski, wcale nie łatwy do zrobienia przy pomocy prymitywnych narzędzi prymitywnego komputera, który przyleciał samolotem z jakichś Tajwanów czy innych Korei (geografia dzieckowej ignorancji). I są jeszcze podróże z tatusiem do różnych miast po książki i z mamusią na wakacje w góry, co w mojej pamięci jakoś wynika z tego stołu. Zupełnie inna, może jeszcze dłuższa historia. Co osiągnęłam? Jestem na stanowisku wielkiego archiwisty w kartotece mojej pamięci, sięgającej pierwszego roku życia. Czuwam nad strzępkami, zlepkami, nadgryzieniami, białymi plamami, niewyraźnymi odbitkami, niedokończonymi wydarzeniami i niekończącymi się historiami. Odświeżam to wszystko raz dziennie i szukam śladów, wygłaszam referaty i wyjeżdżam na sympozja niebieskich migdałów do kraju na kozetce gdzieś poza korą mózgową, a czasem podlewam jakąś roślinę, która wykiełkowała między katalogiem z sierpnia któregoś roku a grudnia roku innego.

Do dziś lubię siedzieć w ciszy i zawsze mam co z tą ciszą zrobić. Mam dyplom mistrzowski z latającego uniwersytetu wycinankowego.

Większość zeszytów i notatników podpisuję podobnie: Flora Pudelkova, email, komórka. Jedyny stały adres osóbki w podróży. Całkowicie wirtualne trzy Agatki jak z dobranocki, której nie ma. A przecież kiedyś miałam własną budę, miskę i obrożę z numerem drzwi i nazwiskiem właścicieli. I zupełnie co innego pisałam na okładkach zeszytów szkolnych.

Większość zeszytów i notatników jest niezapisana, jakbym chciała, żeby wciąż był początek. Wszystkie mają piękne i oryginalne okładki.

Skąd ten potok? Z przychodni weterynaryjnej. Poznałyśmy niezwykłą i wykwintną, bardzo nowoczesną starszą damę z ośmioletnią bokserką. Dawno nie pogadałam tak sympatycznie z obcym człowiekiem, który nie jest taksówkarzem z Grochowa albo Pragi. Owa dama, jak wynikło z pogawędki, jest chyba jakąś gwiazdą w jakimś radiu. Niestety, proszę mi wybaczyć, nie słucham radia, nie oglądam telewizji. Nie kojarzę większości gwiazd i osobistości; wiem tyle, ile się naoglądam kina. Odniosłam jednak wrażenie, że powinnam była zareagować co najmniej uprzejmym zdziwieniem i eleganckim bukietem zachwytów. Trudno to rozpoznać po kimś, kogo widzi się po raz pierwszy i nie zna się jego nawyków traktowania własnej osoby (subtelne gesty i mimika oczekiwania na reakcję, jak pauza w monologu wewnętrznym) i przyzwyczajeń do bycia traktowanym w określony sposób.

Kim była ta szacowna i zabawna pani? Być może kimś szanowanym, ważnym i podziwianym. Ma jakieś znane nazwisko i wiele sukcesów. Ma powody do dumy, ale nie mogła się przejrzeć w lusterku mojego podziwu. Jest kimś. Dla mnie jednak była sobą — ekscentryczną ale (właśnie tak, ale) fajną właścicielką przesłodkiej, całuśnej, potężnej i uroczej dziewczynki. Właścicielką przejętą zdrowiem ukochanego oczka w głowie, kobietą, która nie spała w nocy z troski o psa, osobą, która zapomniała dziś z tego wszystkiego pewnego szczegółu garderoby, z czego jednak sama potrafiła zażartować.

Kociuś biegnie za mną, wyprzedza mnie i trzema susami zdobywa szczyt drapaka z przymilnym miałkiem, a kiedy się do niego odwracam, ześlizguje się z łapek na plecki jak wkręcana śrubka, czym skłania mnie do wymiętoszenia go i przypomnienia mu: ty tobołku-traktorku, furczący fikołku, takie śliczne oczynki, nosunio, języczuszek, uszątka, ogoneczek, łapeczątka, brzuszyczunio, futerusio, tru tu tu moje słodziąteczko, ja muszę teraz umyć zębiska, pa pa pa.

Leave a Reply