Ukryte dobra papierowe

Wczoraj wychodziłam z empiku z nosem na kwinę, bo nie znalazłam niczego prostszego niż Tatarkiewicz, co by mogło spełnić rolę wstępu dla opornych owieczek. (Nigdy bym nie przypuszczała, że będę kiedykolwiek z własnej woli zdawać egzamin z historii filozofii). Jeszcze tylko wzrokiem zahaczyłam o czasopisma: pomarańczowy na ciemnym kontrastowym tle ma jednak niebywałą siłę przyciągania. I tytuł w rejonie moich najnowszych zainteresowań: przestrzenie, miasta, kraje, ziemie, obszary, stolica, historia. Delektuję się ostrożnie (jak kot smakujący nowy zapach organum vomeronasale) takim na przykład Stasiukiem, odkrycie dni ostatnich, kto by pomyślał. (Pisanie o jego pisaniu, w tonie wcale nie do końca panegirycznym pomimo pierwszego zakochania, to temat na inną godzinę myśli). Już zapłaciłam za ISSN 1230-2155, już się odwracam od kasy. Wzrok pada na wielkie CZECHOWICZ. Grubiszcze takie, wydane przez jedyny i najlepszy – Teatr NN. Świat mi sprzyja czy co? Nie dość że Czechowicz, to jeszcze Lublin. Dziś zamówiłam dwa poprzednie tomy. Radocha aż piszczy! Do czego zmierzam: że można się śmiać z empiku, bo gdzie kultura, a gdzie media, ranyboskie. No i trafiają się tam sprzedawcy, którzy powinni pracować raczej w innej branży, niekoniecznie czytelniczej. Ale niedostatki będę od wczoraj skrzętnie pomijać, bo przecież właśnie dzięki temu sezamowi mydła i powidła w dni gorsze z tych lepszych w ogóle chce mi się wstać.

Leave a Reply