Miriardy impressów

Miałam coś tu zapisać, pamiętam, ale zalewają mnie Fale.

Tu teoria dramatu, a tu…

Że kocica mordu drze, wzięłaby się za sznurowadło, a nie chodzi i muczy. Co w końcu zrobiła.

Potem Lem i Reynoldsy pofrunięte mało naukowo i całkiem nie fikcyjnie: kocim pacem z półki na legowiska tacę. Rozszczepiony na sedno i okładkę Clancy pazurem małej fran… kotki. A nie, tego dokonał jej brat, tobołek chwat, chłopak na schwał, zrobił co chciał.

Powodowana żądzą krwi, chwyciłam dzieciątka za łby! Do łazienki na pięć minut karceru! Budzik z kuchenką gratis tykał, abym nie zapomniała o konieczności amnestii włochatych bestii.

Poukładałam wywrotowe książki tak, żeby sekretną kocią jamę zamknąć nieprzeniknioną zbyt małą przestrzenią, ale to się nie spodobało. Dwa nieskończenie stanowcze szare farfocle postanowiły zagłosować na ulubione pozycje po raz kolejny. Drugie lądowanie miękkie już nie było.

Twardą ręką zabiłam
wejście deską
z klamką.

Tym razem całe piętnaście minut.

Słownik terminów literackich nie ma na to słów.

Leave a Reply